Skocz do zawartości
Zamknięcie Forum PC LAB

Szanowny Użytkowniku,

Informujemy, że za 30 dni tj. 30 listopada 2024 r. serwis internetowy Forum PC LAB zostanie zamknięty.

Administrator Serwisu Forum PC LAB - Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie: wypowiada całość usług Serwisu Forum PC LAB z zachowaniem miesięcznego okresu wypowiedzenia.

Administrator Serwisu Forum PC LAB informuje, że:

  1. Z dniem 29 listopada 2024 r. zakończy się świadczenie wszystkich usług Serwisu Forum PC LAB. Ważną przyczyną uzasadniającą wypowiedzenie jest zamknięcie Serwisu Forum PC LAB
  2. Dotychczas zamowione przez Użytkownika usługi Serwisu Forum PC LAB będą świadczone w okresie wypowiedzenia tj. do dnia 29 listopada 2024 r.
  3. Po ogłoszeniu zamknięcia Serwisu Forum od dnia 30 października 2024 r. zakładanie nowych kont w serwisie Forum PC LAB nie będzie możliwe
  4. Wraz z zamknięciem Serwisu Forum PC LAB, tj. dnia 29 listopada 2024 r. nie będzie już dostępny katalog treści Forum PC LAB. Do tego czasu Użytkownicy Forum PC LAB mają dostęp do swoich treści w zakładce "Profil", gdzie mają możliwość ich skopiowania lub archiwizowania w formie screenshotów.
  5. Administrator danych osobowych Użytkowników - Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie zapewnia realizację praw podmiotów danych osobowych przez cały okres świadczenia usług Serwisu Forum PC LAB. Szczegółowe informacje znajdziesz w Polityce Prywatności

Administrator informuje, iż wraz z zamknięciem Serwisu Forum PC LAB, dane osobowe Użytkowników Serwisu Forum PC LAB zostaną trwale usunięte ze względu na brak podstawy ich dalszego przetwarzania. Proces trwałego usuwania danych z kopii zapasowych może przekroczyć termin zamknięcia Forum PC LAB o kilka miesięcy. Wyjątek może stanowić przetwarzanie danych użytkownika do czasu zakończenia toczących się postepowań.

Temat został przeniesiony do archiwum

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

Agnes

Konkurs pisarski - prezentacje prac oraz wyniki

Rekomendowane odpowiedzi

Prace wklejam w kolejności przypadkowej.

 

1. "Kwitnące niezapominajki", autor: Cisza

 

Monikę obudziła nienaturalna cisza. Zaskoczona i nieco zdezorientowana, wsłuchiwała się w nią, próbując sobie przypomnieć skąd się wziął niepokój tłukący się niebezpiecznie w jej sercu. Powoli otwierając oczy, rozpoznawała kolejne rysy na ścianach, kawałki odklejonej gdzieniegdzie tapety, która lata najlepszej świetności miała już za sobą. Aż dziw brał , że kiedyś, ten wyblakły wzór, prawie pachniał błękitnymi niezapominajkami. Monika kochała niezapominajki za ich delikatność, za błękit, do złudzenia przypominający cudowne oczy Marka, za dzień w którym znalazła ich bukiecik na biurku w pracy. Dzisiaj, patrząc na poszarzały ze starości wzór na tapecie, czuła prawie obojętność. Jej życie nie pachniało już niezapominajkami- teraz wypełniała je samotność, obojętność i rezygnacja. Prawdę mówiąc Monika pogodziła się z takim obrotem spraw, przyzwyczaiła do samotnych kolacji i cichych poranków.

Nagle uświadomiła sobie, że ten poranek nie jest taki sam, jak wszystkie inne, od co najmniej pół roku. Gorączkowo przeszukiwała zakamarki nierozbudzonej jeszcze jaźni. To, co uderzyło ją najbardziej, to powietrze, które tego dnia było wyjątkowo ciężkie i gęste. Monika uniosła się na łóżku i spoglądając w szeroko otwarte poprzedniego wieczoru okno, ze zdziwieniem spostrzegła, że żaden liść na starej akacji, nie tańczy dziś wesołego tańca poranka. Nie było też słychać świergotu nieznośnych na co dzień wróbli, urządzających wieczne bijatyki na białym parapecie jej okna. Dzisiaj wszechogarniająca cisza czaiła się złowrogo w każdym zakamarku pokoju.

Monika prawie widziała, jak podstępnie i cicho skradała się, by wziąć w posiadanie wszystko, co znalazła na swojej drodze. Było w tym wszystkim coś niepokojącego, znajomego a jednak nie do końca zrozumiałego. To jak cisza przed burzą... no właśnie, burza. W sercu Moniki nagle zapanował spokój, teraz już zrozumiała- zbliżała się burza. Dziewczyna kochała ten stan aury, dalekie pomruki budzącego się do życia żywiołu, narastające niespiesznie, jakby z rozmysłem, czekając na odpowiedni moment, by uderzyć. Na ten właśnie moment czekały wszystkie zmysły Moniki, na to jedno uderzenie- cios zadany Ziemi, apogeum mocy, krzyk radości... za każdym razem stawało się to jej udziałem. Zwykle wtedy wychodziła do ogrodu i odchylając głowę do tyłu, pozwalała ciężkim, ciepłym kroplom na radosną zabawę.. Dzisiaj jednak nie miała na to ochoty, czekało ją ważne spotkanie. Nie miała pojęcia, czy to, co dzisiaj ma nastąpić, zmieni coś w jej życiu, czy będzie początkiem czegoś nowego, a może tylko przypieczętowaniem końca czegoś przeszłego?

Czekała ją dzisiaj wycieczka na lotnisko, skąd miała odebrać Marka wracającego ze Stanów po półrocznej nieobecności.

Zaparzona kawa już czekała na stoliku przy oknie, Monika ułożyła się wygodnie w swoim ulubionym fotelu. Miała jeszcze czas, jeszcze całe siedem godzin do momentu, gdy przekona się czy słusznie postąpiła, pozwalając najważniejszemu w swoim życiu człowiekowi, na ucieczkę w nieznane. Marek początkowo dzwonił prawie codziennie, raz w tygodniu wysyłał listy, potem, w pogoni za przygodą, zgubił gdzieś swoją tęsknotę, miłość, pamięć i pożądanie.

Jakkolwiek próbowała zrozumieć jego pragnienia, nie potrafiła pogodzić się z jednym, że zapomniał... Dni wypełniał jej płacz, czasami cichy i bezsilny, niekiedy jednak wybuchający, jak skarga do niebios, jak prośba o zemstę , wołanie o pomoc... cokolwiek, byle głośno i histerycznie. Później wszystko potoczyło się naturalnym torem. Nadal bolało, ale pozwalało już żyć, nie żądało śmierci. Dzisiaj Monika nie czuła już złości, raczej obojętność, przeplecioną gdzieniegdzie szczyptą ciekawości- jak to będzie, co zobaczy w jego oczach? Czy to będzie obojętność? Dzisiaj już chyba wolałaby, by tak właśnie było, leczenie z miłości trwało długo, ale było raczej skuteczne. Gdyby dziś ktoś ją spytał, czy jeszcze kocha Marka , nie umiałaby odpowiedzieć, wiedziała tylko jedno- nie tęskniła już za nim.

Siedząc w miękkim, głębokim fotelu, Monika wsłuchiwała się w nasilające się pomruki nadchodzącej burzy. Przymykając oczy, pozwoliła sobie na odrobinę wspomnień. Zrobiła coś, czego sama sobie zabroniła już dawno temu... przywołała obrazy sprzed kilku miesięcy. Wtedy też była burza...

Po kolejnej, nieuniknionej już, ostrej wymianie zdań, wykrzyczała Markowi, że może robić co chce, że jej to już nie dotyczy. Sama w to nie wierzyła, ale resztką silnej woli, chcąc ratować samą siebie, pragnęła, by on w to uwierzył. Miała już dość. Chciała ślubu, dzieci, przytulnego domku z ogródkiem. Nie przewidziała tylko, że on nie był na to gotowy. Tamtego dnia, jego błękitne jak niezapominajki oczy, pełne były smutku. Nie płakał- co to, to nie, on nigdy nie płakał. Jeszcze dzisiaj pamiętała, jak podszedł do niej, przytulił i całował prosząc, by nie rozstawali się w gniewie. Chciała krzyczeć, chciała zacisnąć dłonie w pięści i bić na oślep. Nie potrafiła. Jedyne co mogła zrobić, to wtulić się w jego ramiona i łkać. Głaskał delikatnie jej włosy, całując jednocześnie wilgotne od łez policzki. Chciała go ukarać, ale nie potrafiła. Pragnęła go każdym milimetrem skóry. Pozwalała na każdy gest, każdy niespodziewany ruch, jakby czuła, że to już koniec, że to ostatni raz, ostatni wspólny taniec ich ciał. Kiedy dużo później próbowała na spokojnie przeanalizować wszystkie fakty, przyłapywała się na tym, że jakkolwiek próbowała zinterpretować to co się stało, zawsze niezmiennie dochodziła do wniosku, że na swój dziwaczny sposób do ostatniej chwili próbowała przekonać go do zmiany planów. Wtedy jednak nie zastanawiała się nad tym, wtedy nie zastanawiała się nad niczym, właśnie wtedy chciała czuć jedynie jego ciepło. Nie było pośpiechu, nie było zachłanności. Paradoksalnie ten ich ostatni raz wyglądał tak niewinnie, jakby był pierwszym. Podświadomie oboje na coś czekali, szukali harmonii- choć gdzieś w głębi duszy czaił się lęk, gniew i cała masa innych, sprzecznych ze sobą emocji. Było w tym oczekiwaniu coś niepokojącego, czekali oboje choć nie do końca nawet wiedząc na co czekają. W pewnym momencie powietrze przeszył nieskazitelnie biały błysk, po niebie przetoczył się najpotężniejszy, jaki kiedykolwiek dane im było słyszeć pomruk, wprawiając w drżenie cząsteczki powietrza, przeszywając ekstazą splecione, wilgotne ciała. Nieokiełznany dotąd żywioł, dzisiaj uchylił czoła przed tym, co właśnie nastąpiło. Eksplozja ciepła znalazła ujście, wywoływała krzyk- urywany, obdarty ze wstydu. Oboje, jak w narkotycznym transie trwali tak przez jakiś czas. Lekki podmuch rześkiego powietrza delikatnie studził rozedrgane zmysły. Burza skończyła się nie wiadomo kiedy, odeszła pospiesznie, jakby nie chcąc przeszkadzać. Mężczyzna i kobieta... byli jednością do momentu, gdy na jej policzku pojawiła się samotna łza. Marek pocałunkiem próbował uspokoić Monikę, ale sam rozumiał, że nic nie jest w stanie zmienić przyszłości. Oboje to zrozumieli.

Chłodna noc, jak po burzy. Taras widokowy i samotna, smutna kobieta.

Wtedy jeszcze myślała, że ten smutek towarzyszyć jej będzie do końca życia. Samolot stawał się coraz mniejszym punkcikiem na tle ciemnogranatowego nieba. Przymknęła oczy, próbowała po raz ostatni przywołać obraz kwitnących w oczach Marka niezapominajek, tylko ten jeden, ostatni raz. Później już tego nigdy więcej nie robiła, aż do dzisiaj.

Ocknęła się, chłodną dłonią otarła mokre od łez policzki. Jeszcze tylko trzy godziny. Nie chciała odbierać go z lotniska, nie chciała go spotkać, nawet przypadkiem, ale gdy wczoraj zadzwonił prosząc ją o to, nie potrafiła odmówić.

Prawdę mówiąc, dzisiaj cieszyła się z tego. Chciała się upewnić, co do podjętych decyzji. Chciała zobaczyć w nim obcego faceta, zimnego, wyrachowanego. Marzyła, by powiedzieć mu “cześć”, dać się zaprosić na kawę, a potem zniknąć z jego życia, tak jak on zniknął z jej. Nie spodziewała się niczego więcej, nie po tylu miesiącach. Z chłodnym postanowieniem pokazania mu swojej siły, ubrała się staranniej niż zwykle, makijaż, fryzura... nic do zarzucenia.

Lotnisko przypominało zatłoczoną plażę w środku sezonu. Tłumy ludzi oczekiwały przy bramkach na swoich bliskich. Czy Marek był jej bliski? Nie, już nie, teraz to już tylko dobry znajomy z którym pójdzie na kawę. Zapowiedziano przylot samolotu. Monika zaskoczona swoim spokojem wypatrywała znajomej sylwetki. Przez moment przemknęła jej przez głowę niespodziewana myśl- czy go pozna?

Poznała. Stał w oddaleniu. Przechodzący obok, spieszący się ludzie potrącali go, wytrącając mu z dłoni niewielkie pudełeczko z czekoladkami, zapewne dla niej, na powitanie. Drgnął dopiero, gdy stanowisko przylotów opustoszało. Przywitała go chłodnym uśmiechem, choć czuła, że jej dłonie niebezpiecznie drżą. Stali tak przez moment, nie wiedząc co zrobić, jak się zachować. Jej ciche “witaj” wcale nie rozładowało sytuacji. Przyglądała mu się badawczo, pomimo długich przygotowań i silnego postanowienia, czuła, że resztkami sił powstrzymuje się, by nie paść mu w ramiona. Do diabła, kochała go, całą sobą, pragnęła, tęskniła, choć nie była w stanie przyznać się do tego, nawet przed samą sobą. Jest przecież dzielną kobietą, która nie prosi o miłość, nie “pcha się” tam, gdzie jej nie chcą. On jej nie chciał, dał jej to do zrozumienia pół roku temu. Nagle zapragnęła znowu zobaczyć kwitnące niezapominajki, ten jeden, jedyny raz, zanim odejdzie na zawsze. To co zobaczyła w oczach Marka zanim zemdlała, miało wyryć się w jej sercu na długie lata. Marek, twardziel, facet z zasadami... płakał, szepcząc prawie bezgłośnie- “Kocham Cię...”

 

 

 

 

2. "Mania kibicowania, czyli cała polska trzyma kciuki", autor: Alejajca

 

Jest niedzielni wieczór. Piłkarskie emocje już opadają, lub wkrótce opadną. Kramy ze środkami pobudzającymi w pełni pracują. Czas, więc zastanowić się nad fenomenem polskiego kibicowania. Tysiące rodaków wyemigrowało do Austrii i Szwajcarii, by pomagać swoim głosem, lub choćby bytnością naszym reprezentantom. Setki aut, autobusów, kolejowych składów ogarnęła mania barw biało-czerwonych. W TV na każdym kanale widać taki, albo inny przejaw piłkarskich igrzysk. Każdy orze jak może, by pokazać, że kibicuje naszym. No właśnie – jak może. I tu dochodzimy do setna problemu.

Jak naprawdę wygląda nasze kibicowanie? Można wyodrębnić wyraźną dwubiegunowość. Biegun południowy – kojarzony z ciepłem. Gdy drużyna, zawodnik wygrywa, jesteśmy w stanie zrobić go bogiem. Przykładem tego jest Adam Małysz. Gdy trzykrotnie zdobywał Kryształową Kulę za zwycięstwo w generalnej klasyfikacji skoków narciarskich, cała Polska wywyższała go ponad Rysy. Jego podobizna zdobiła niemal każde wydanie gazetowe. Był rozchwytywany. Obiecywano mu góry złote. Kibice jakby mogli, to na zawody przynosiliby go z Wisły na rękach. Dmuchali i chuchali na mistrza.

Kolejnym takim przykładem jest od lat nasza narodowa drużyna piłkarska. Po raz pierwszy awansowaliśmy do finałów mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Chwała im za to. I podobnie jak za najlepszych czasów pana Adama, naród oszalał. Zdobędziemy mistrzostwo, rozniesiemy Niemców, zmiażdżymy rywali. Jeszcze pierwszy gwizdek się nie rozległ, a już wojenka była w toku. Zaczęło się od praw do transmisji, na linii Polsat – TVP Publiczna (?). Wiadomo jak to się zakończyło – mistrzostwa mamy tylko na stacji komercyjnej. I tu jestem stanowczo zadowolony jako zasiedziały kibic. Wolę komentarze Borka, Iwanona, Kołtonia, od bełkotu „komentatorów” z TVP. Później było tylko lepiej, reklamy, nawoływanie sportowego ducha, by zagrzał „naszych” do boju.

I na koniec, fenomen rzecz można. Jeden człowiek – Robert Kubica. Tylko swojemu talentowi, woli swojej i ojca, Artura, zawdzięcza to, że jest w gronie faworytów do mistrzostwa F1. Jeszcze kilka lat temu nieznany nikomu „olbrzym” z Krakowa zawładnął duszami Polaków. Dziś po raz pierwszy usłyszał „Marszałka Dąbrowskiego”. Na trybunach powiewały barwy biało-czerwone, to na pewno podnosiło go na duchu. Tak wygląda ta ciepła, jaśniejsza strona naszego kibicowania.

Czas na biegun północny. I znów zaczynamy od Adama Małysza. Po trzech latach bezapelacyjnej dominacji nadszedł czas na odpoczynek – kolejne sezony były słabsze. I jak wtedy wyglądało nasze kibicowanie? „Małyszki” znikły ze straganów. Jedni po cichu, w domach, inni prosto z mostu mówili, po co on skacze. Nie ma formy, to niech da sobie spokój, niech wróci na budowy jako dekarz. Nie mówili tego trenerzy, ludzie sportu – znawcy tematu, ale zwykli ludzie. Ci sami, co rok, dwa, wcześniej wychwalali go pod niebiosa. Co pozostało z zapowiedzi budowy ośrodków, by następcy Adama mogli się szkolić?

Godzina 23:00. Zaczynają się komentarze po przegranym przez nas meczu 0:2 z Niemcami. Tego usunąć, tego wymienić, jak oni grali, jak dziady. I takich frazesów do rana będzie więcej. Zwłaszcza, że puby, karczmy, pijalnie jeszcze otwarte. No, ale mamy ok. czterdzieści milionów trenerów, lepszych od jakiś tam Leosiów. Mało tego. Już kilka minut po końcowym gwizdku wypowiadają się „znawcy” pokroju Jana Tomaszewskiego – omnibusa pierwszej wody. I to po pierwszym meczu. Na TVP Info „padła” taka myśl:

Nie ważne, że przegraliśmy z Niemcami, ważne są tylko dwa pozostałe mecze.

Jak to ma się do szumnych zapowiedzi sprzed kilku godzin? Nijak. A przecież to początek mistrzostw. A wiadomo jak będzie dalej, więc stwierdzenie – strach się bać, niezbyt będzie na miejscu, bowiem jest zbyt łagodne.

I znów Robert Kubica. Jak wyglądały początki jego kariery? Ojciec pukał od drzwi do drzwi w poszukiwaniu sponsora. I co? Wiadomo, kto to taki Kubica? Nie znam, wiec nie łożę, nie kibicuję mu. Kto, prócz Włochów zakochanych w Formule1 (prócz piłki nożnej) kibicował młodemu kierowcy? Garstka jego przyjaciół i kilku dziennikarzy z branży. Dopiero teraz, gdy zaczyna zdobywać szczyty pojawiają się kibice, sponsorzy. Gdzie byli trzy, cztery lata temu? Jak zareagowano na wiadomość o jego wypadku? To już koniec, nie pozbiera się – nie będzie już niego dobry kierowca. Po przyjeździe na tor w Montrealu znów starano się mu wmówić, że ma syndrom tego toru, że będzie się go bał, w mniejszym, większym stopniu. O 21:30 czasu polskiego, gdy „Mazurek” zabrzmiał mu w uszach, dało się widzieć w jego oczach wygraną. Także z tymi, z którymi walczył poza torem. Także w Polsce. Bo teraz firmy pokroju Orlenu plują sobie w brodę kiedy widzą, co straciły. Bo każdy dolar zainwestowany w F1 wraca, jeśli nie brzęczącą monetą, to świadomością marki sponsorującej elitę sportów samochodowych.

Mamy więc dwie skrajności kibicowania. Z jednej fantastyczna publiczność na stadionach i sportowych halach. Bo przecież nie ma takich przeżyć, gdy katowicki Spodek zmienia się za sprawą siatkarzy w prawdziwy Kocioł Czarownic. Zwłaszcza, gdy rozbrzmiewa „Pieśń o Małym Rycerzu”. To samo widać pod Wielką Krokwią. Ale jest też mroczniejsza część naszego narodowego kibicowania. W momencie spadku formy zawodnika, drużyny nie podtrzymujemy ich na duchu. Nie umiemy się zachować jak choćby tak źle osławieni kibice angielscy. Pamiętacie finał Liverpool – Milan? To właśnie „You’ll never walk alone” podtrzymały drużynę The Reds. U nas od razu zaczęto by gwizdać, rzucać docinki albo, prosto z mostu, rzucać, czym się da. Nawet nożami. A po meczu rzesze o wiele lepszych trenerów od tych boiskowych/parkietowych cieniasów wykłada swoje dywagacje, co by było gdyby…

Niestety obie te skrajności wynikają z mentalności nas, Polaków. Umiemy się cieszyć wraz z wygrywającym zespołem, ale nie umiemy podtrzymać go na duchu w jego słabszej chwili. Czy uda się to zmienić? Szczerze wątpię. Zwłaszcza, że jest jeszcze jeden aspekt kibicowania. Kibole – ale to już nie jest kibicowanie.

 

 

 

 

3. "Oto i Pająk", autor: Rakil

 

Mam napisać opowiadanie - powiedziałem do u/r+d-o. Siedział wpatrzony w okno, całkowicie mnie ignorując.

- Hej tam! Halo! Opowiadanie! - zero reakcji. Cały dzień padało, tak jak wczoraj i dzień wcześniej. Chyba nie lubił wychodzić z domu podczas deszczu."Dobrze mu tak".

- Sierściuchu! - krzyknąłem i rzuciłem w niego resztką jabłka. Ogryzek, co dziwne, nie trafił, pomimo tego, że cel był blisko, a ja się starałem, odbił się od szyby i wylądował na dywanie. Poszukałem kolejnego pocisku, ale w zasięgu ręki była tylko myszka i kubek z kawą. Miałem też przeczucie, że i tak bym nie trafił. Na szczęście uRdO wstał, ziewnął i odwrócił się w moją stronę.

- Opowiadanie? Postanowiłeś kontynuować edukację? - spytał z słyszalną drwiną w głosie - Warsztaty pisarskie? Musisz dużo trenować, by zamaskować ewidentne braki talentu i ...

- Opowiadanie na konkurs, just for fun - przerwałem mu - Pomożesz mi.

- Nie widzę żadnych racjonalnych powodów, żeby ci w czymkolwiek poma...

- Jesteś mi krewny. Tydzień temu, pamiętasz? Chciałeś mnie otruć, rzygałem całą noc, cud, że się nie przenicowałem, tyle...

- Dobrze - tym razem on mi przerwał - Oszczędź mi tych niesmacznych szczegółów. O czym ma być to wiekopomne arcydzieło?

Wiedziałem, że się zgodzi. W końcu, za tamto, powinienem go zaprowadzić na kopach do najbliższego stawu.

- Temat dowolny, trzeba się zmieścić w 12471 znakach bez spacji. Jakieś genialne pomysły?

- Posłucham najpierw co ty masz.

- Permanentny ból głowy. Musiałem zwrócić całą pomysłowość i natchnienie razem z nabłonkiem.

Urdo zrobił bardzo smutą minę, przynajmniej mnie wydawała się smutna, podrapał się tylną łapą w brodę, milczał długą chwilę i przemówił:

- Zrobimy inaczej, kto będzie oceniał te grafomańskie wypociny?

- To ma znaczenie? - spytałem bardziej po to, żeby go rozdrażnić, bo już wiedziałem dokąd zmierza.

- Resztki twojej inteligencji, jeśli kiedykolwiek takie istniały, też popłynęły do ścieku - warknął. Po chwili dodał już swoim zwykłym obojętnym, znudzonym tonem:

- Oczywiście, ma to znaczenie. Stworzymy coś pod tą osobę, coś co się jej spodoba. Hgmm. To znaczy ja stworzę, a ty zapiszesz.

Patrzyłem na niego udając mocne zdziwienie, jakbym zobaczył gadającego kota. Domyślił się, że go podpuszczam, ale kontynuował wykład.

- To tak jak na egzaminie, nie mówisz tego co wiesz, tylko to co chce usłyszeć egzaminator. Sukces prawie zawsze gwarantowany. Potrzebne mi dane - dokończył i zajął się obwąchiwaniem ogryzka. Odskoczył szybko z skrzywioną miną - Nie zjem tego! Jest zatrute!

- Moja ślina. Trutka cały czas jest we mnie - oznajmiłem z uśmiechem.

- Taaa... ale nie wystarczająco dużo. Szkoda - westchnął - Dlatego lepiej nie zbliżaj się do mnie. Co tam o naszym jurorze?

- Ma ksywę Wredniak-Nerwiak, jest facetem, lubi telenowele i pająki... - przeczytałem z monitora.

- Pająki?! - u.r.d.o. wyraźnie się ożywił - Powiedziałeś pająki?

Wstał, przeciągnął się, spojrzał przelotnie na mokre szyby, przykucnął z szeroko otwartymi oczami wpatrzonymi gdzieś daleko. Ogon lekko mu drżał, ogólnie sprawiał wrażenie a jakby właśnie najtłustsza mysz na Wyspach zapraszała go na obiad do swojego przyjaciela, najsmaczniejszego kanarka w Europie. Nie wytrzymałem i zapytałem:

- Znasz jakieś historie o ośmionogach?

Ocknął się, jakby zaskoczony pytaniem. Był jednak wyraźnie zadowolony z czegoś jak nigdy dotąd, a ja zaczynałem się niepokoić. Przemknęła mi też myśl "Czy w zestawie antidotów, jest takie na jad pająka?".

- Znam wiele takich opowieści, większość jednak nie nadaje się do powtórzenia na głos, nie wspominając o zapisaniu. Reszta jest po prostu za długa.

Hmmmrrrhm - zamruczał jak nigdy dotąd, a ja kalkulowałem czy zdążę chwycić tanto z półki na ścianie i czy to wystarczy.

Nic się nie wydarzyło, URDO przestał wydawać słyszalne dla mnie dźwięki, siedział teraz spokojnie w pozycji Sfinks. Myślał. Miałem tylko nadzieję, że nie o półce na ścianie.

Po długiej chwili, w czasie której słychać było tylko krople uderzające o szkło i szum chłodzenia komputera "Sfinks" przemówił:

- Ta wiedza nam wystarczy. Jest mężczyzną więc musi być seks i przemoc, najlepiej przemoc seksualna - mówił, podczas gdy ja kliknąłem razdwatrzy i z głośników popłynęły słowa:

 

It's a violent pornography!

Choking chicks and SODOMY!

 

- Właśnie! Lubi telenowele, czyli muszą być tragedie życiowe, rodzinne dramaty, nieprawdopodobne sploty, skretyniali bohaterowie i tego typu svlokc - nie znałem tego słowa,

ale nie przerywałem mu, nietrudno było się domyślić znaczenia.

- Ha! Pająk to gwóźdź programu, którym przybijemy pana Wredniaka-Nerwiaka.

Skoczył jak zwolniona sprężyna, jego kształt rozmazał się w rudo-szaro-czarną smugę. Niby delikatnie pacnął ogryzek jabłka łapą, który polecił pod szafę jak wystrzelony z procy, usłyszałem plask. "Fast bastard" pomyślałem.

Spod szafy wyszło coś czarnego o wielkości jednofuntówki. Przebierało nogami szybko, ale posuwało się wolno w stronę urdo.

- Oto i pająk, i jego historia - powiedział z nadęciem zupełnie jak woźny w sądzie, ogłaszając zebranym przybycie sędziego.

- Co? Powtórz, wolniej - zwrócił się do przybysza - Przedziwny dialekt...yy...jasne. Właściwie to pajęczyca, wita nas i dziękuje za zaproszenie.

- Nie znam pajęczego, zresztą nic słyszę - wyraziłem swoje wątpliwości.

- Ja znam doskonale, zardzewiał troszeczkę, ale jest okazja do naoliwienia. Będę tłumaczem - oznajmił dumnie.

- Skąd mam wiedzieć, czy tłumaczysz rzetelnie? Czy tłumaczysz, a nie zmyślasz wszystkiego? Czy...

- To ciekawe zagadnienie, ale zostawmy je na kiedy indziej, zaczynam czuć głód, kończmy czym prędzej. Zaufaj mi i notuj.

Po "zaufaj mi" o mało nie ryknąłem śmiechem i nie poturlałem się na pod biurko. Opanowanie i zimna ( i zatruta) krew zrobiły swoje, wyszczerzyłem się tylko i kiwnąłem na zgodę.

- Pajęczyca, jej imię jest mało istotne i trudne do wymówienia, chce po pierwsze podziękować ci za to, że dbasz o Ród Ośmiu, nie sprzątając tutaj wcale - uuuRD0 tłumaczył. Rozejrzałem się po pokoju, po zacienionych kątach, pełnych pajęczyn, zakurzonych meblach, zaśmieconej podłodze i zasłonach koloru dymu papierosowego. Teraz to |_|R|}{} szczerzył się do mnie, odsłaniając ostre, białe kły.

- Dobra, dobra, do rzeczy, podobno zgłodniałeś - mruknąłem.

 

- Jej mąż - zaczął niezupełniekot - opowiedział jej tą historię przed swoja przedwczesną, tragiczną śmiercią. Jest to najlepsza historia jaką zna, rozumiesz mały mózg, mała wyobraźnia. W poprzednim wcieleniu, pracował jako...eeee....woźnica u pewnego ziemianina.

Chciałem mu tu przerwać i spytać o reinkarnację, ale z jego body language, czy jak to zwał, że nie powinienem.

- Opieka nad końmi, doglądanie zaprzęgu, takie tam. Ziemianin ów często udawał się do stolicy w interesach, natury...hem... seksualnej. Interesił dzień, dwa i wracał na majątek. W tym czasie "masztalerz", który wtedy młodym chłopakiem był, czekał w powozowni z innymi woźnicami: plotki, gra w karty, wódka jak grosz był, rozprawienie o dupie Maryni. Dnia pewnego, gdy siedział tak na słoneczku, słuchając pijackich przechwałek, podeszła do niego dziewczyna, taka całkiem-ciałkiem. Powiedziała, że mieszka niedaleko na stancji, bo pobiera nauki w tutejszej szkole dla takich panienek jak ona. Ale wczoraj dostała smutną wiadomość, że mateczka rodzicielka na suchoty zapadła, musi więc czym prędzej wracać do domu - niedaleko, dwie godzinki takim zaprzęgiem jak ten tutaj - pomóc papie w opiece nad mamusią.

Józek - damy naszemu herosowi imię dla ułatwienia, bo pajęczyca nie pamięta - więc Józio, nie...Zenek, tak Zenek będzie lepiej, mało tego słuchał, zaabsorbowany krągłościami i wesołymi oczętami rozmówczyni, rozmyślał też o ile fajniejsza taka od Hanki z kuchni. Zgodził się więc ochoczo pomóc w transporcie dobytku za kilka brzęczących i może coś więcej po drodze, ziemianin miał wrócić dopiero jutro. Podjechał pod wskazany adres, tam na ulicy czekała panienka z tylko jedna sztuką bagażu, dużym kufrem. Wesoło pojechali dowcipkując i śmiejąc się. Po godzinie jazdy wjechali do lasu i tam dziewczę poprosiło o postój, bo musi swoje potrzeby na ustroniu załatwić. Zenkowi to pasowało, bo planował już swój ruch, o którym będzie opowiadał innym woźnicą i zazdrosnym parobkom w majątku. Tak sobie planował a marzył, a dziewczę nie wracało, pacierz za pacierzem mijał. Poszedł szukać, nie znalazł. Wołał, echo odpowiadało. Drapał się po głowie (pustej): Ki diabeł, mara śladu nima, A nie! Kufer został, znaczy nie mara. I tknięty nagłym przeczuciem otworzył okute wieko, a tam...

 

- Trup! - nie wytrzymałem - poćwiartowany trup, o twarzy tej dziewczyny, tylko bez oczu i języka. Buuuhhaahha!

- Shutyourpiehole! - nie wytrzymał odrU.

 

- W kufrze, w becikach leżało niemowlę, całkiem żywe, w jednym kawałku, śmierdziało tylko i zaczęło płakać, gdy słońce zaświeciło mu w oczy. Masz chłopie gówno - pomyślał Zeniu i zatrzasnął wieko. Popędził konie z powrotem do miasta, do zajezdni, przeklinając się za naiwność i chcice. Ksiądz na kazaniu dobrze prawił, trzeba było słuchać, a tak z nieswoim bękartem został. Co robić, co robić? Podjechał i jakby nigdy nic, do starego wozaka Stanisława idzie i pokazuje co i jak. Stasio uśmiał się wpierw i mówi:

panna zabrzuszyła, urodziła, ale dalej dziecka ukrywać przed gospodynią nie mogła pewnie, to i znalazła naiwniaczka, któremu bachora podrzuciła. Pod ten dom nie idź nawet, tam ona nie mieszka, bo z ulicy ja zabrałeś gamoniu. Dziwne ci się nie wydało, że taka wesolutka i chętna była, gdy matkę choroba zmogła. Ty się nie martw, tego jeszcze nie było, żeby Stanisław czegoś nie wymyślił, gdy swojak w potrzebie i pólliterek do pomocy. Zenek wykazał się bystrością ( pierwszy raz w życiu ), kupił dwie butelki nawet, bo problem wydawał się olbrzymi. Stasio pociągnął porządnie, tak jak potrafią na Szkieletczyźnie, skąd pochodził, oparł się o kufer ręką, westchnął z błogością, przesunął kufer na brzeg powozu. Powozownia stała na niesławnej ulicy, w niesławnej dzielnicy, kręciło się po nie mnóstwo stoliczniaków-cwaniaków, co uczciwych obywateli pozbawiali pieniędzy na wódkę. A traf chciał, że grupa takich schmocków przechodziła właśnie wtedy obok. Raz dwa chwycili kufer, i zasunęli się w ciemne zaułki. Zenek i Stasiek pokrzyczeli za nimi, ale gonić nie zamierzali. To by było na tyle.

 

- Kiepściasta ta historia - powiedziałem natychmiast. - Ale widać pająki lepszych nie znają. To nawet nie o pająkach było, nijak nie pasuje, morału nie ma, co z niemowlakiem się stało, co z Zenkiem, czy jak mu tam....

- Wybrzydzasz. Morały to tylko w durnych moralitetach, historia może być, życiowa taka. A co z Zenkiem? Słyszałeś, zmarło mu się niedawno.

- Jak? - spytałem i od razu wiedziałem, że to był błąd, tylko nie wiedziałem jaki, dotąd nie mam pewności.

URDO pochylił głowę, pajęczyca poruszała kolejno odnóżami. *U*R*D*O* podniósł głowę i przetłumaczył:

- Zabiła go podczas stosunku - jego oczy zmieniły kolor z szarodeszczowoznudzonego na bursztynowosłonecznopomarańczowy. - Zwykle ten gatunek tego nie robi, ale ona tak się podnieciła, że odgryzła mu nogi, jedna za drugą i potem zjadła.

- Mamy więc seks i przemoc - stwierdziłem.

- Taaaa....

I przydepnął pajęczyce przednią lewą łapą. Musiała zginąć natychmiast, ponieważ gdy łapa się podniosła ciało było płaskie, prawie jakby leżało zasuszone od wielu lat w książce.

- Czemu? - spytałem, a powodowała mną jedynie ciekawość.

- Brzydzą mnie kanibale - odpowiedział wesoło, ale jego oczy mówiły: Bo jestem morderczym skurwielem. I zrobił "szam" szczękami, gryząc powietrze, czy może niewidoczne dla ludzi pyłki, tak jak czasami robią normalne koty. "Jasne" wiedział, że nie wierzę w ani jedno jego słowo.

Ulewa zmieniła się w mżawkę, przejaśniało się.

- Mas jusz opowiatanie, ne dzenkuj, jesteszmy na równo? - spytał niewyraźnie przez zaciśnięte zęby.

- OKI – przytaknąłem „Takiego...”

- Moszesz otwoszyć te drzwi, chcę wyjszc.

- Coś nie tak? Złamałeś sobie zęb biedactwo?

Nie zareagował, więc otworzyłem dla niego drzwi do ogrodu, chociaż nigdy wcześniej nie potrzebował tego żeby wydostać się z domu. Gdy przechodził przez próg nawet mżawka ustała, słońce znalazło szparę pomiędzy chmurami i jasna struga oświetliła mu drogę przez dawnoniekoszonechaszcze. "Farciarz". Wróciłem do środka, ale przedtem zdawało mi się, że kątem oka zobaczyłem jak coś bezkształtnego, chudego, bladego i wielonogiego próbuje wydostać się spomiędzy zaciśniętych szczęk ur&do.

- Oh well... - wzruszyłem ramionami i poszedłem szukać odkurzacza i zmiotki "Jestem pewny, miesiąc temu były pod tą stertą..."

 

 

 

 

4. "Dzień", autor: PrzeM

 

Siódma rano. Co za idiota dzwoni tak wcześnie do drzwi. Dzień dobry...inspektor Kowalski z Urzędu Skarbowego, przepraszam że tak wcześnie ale mam dla pana zwrot z nadpłaconego podatku za rok ubiegły. Że co? Że złożył Pan zeznanie dopiero wczoraj i tak szybko już pieniądze? Pan nie żartuje, przepraszamy najmocniej za zwłokę...proszę tu gotówka a tutaj kupon na bezpłatne konsultacje w Ministerstwie Finansów, nie...nie, doradca dojeżdża na własny koszt...Do widzenia panu...

Słabo mi, to przemęczenie...

Ding dong. Zapomniał czegoś? Dzień dobry, referent Kowalska z ZUS, przepraszam, że tak wcześnie, ale właśnie osobiście informujemy naszych klientów o terminach spływu składek ubezpieczeniowych. Chciałabym Pana poinformować że stan Pańskiego konta na chwilę obecną upoważnia Pana do emerytury w wysokości, momencik...siedmiu tysięcy trzystu złotych. Jednocześnie chciałabym Panu wręczyć talon na tygodniowy wypoczynek wakacyjny na Kubie jako nagrodę za terminowe opłacanie składek przez Pana zakład pracy...Do widzenia panu...

Słabo mi, to przemęczenie...

Witam sąsiada, piękna pogoda prawda, nic tylko na spacer z pieskiem, no i proszę Azorek kupkę robi. Łopateczka, woreczek i do śmietniczka. I już mamy czysty trawniczek. Miłego dnia sąsiedzie...

Witam sąsiada, wczoraj pożyczałem dwa złote na winko, proszę tu zwracam dwa dwadzieścia, niech pan się nie wzbrania, honor swój mam, z odsetkami oddaję...miłego dnia sąsiedzie...

Witam sąsiada, przepraszam że tak zagadałam się z ekspedientką, pani Kowalska pani ukroi sąsiadowi kilka plasterków szynki, pogadamy jak go pani obsłuży, co ma w kolejce czekać, jak do pracy się spieszy...

Słabo mi, to przemęczenie...

Ale jakoś poprowadzę.

Dzień dobry, do pełna? 98 dzisiaj w cenie 95. Lać? Lej pan. Bo wie pan, nikt nie chciał płacić ponad 3 złote za lepszą to zeszliśmy poniżej. Lej pan, idę zapłacić.

Dzień dobry, punkciki Pan zbiera? Zbiera. Poproszę kartę. Gratulujemy, to dwudziesta Pańska wizyta na naszej stacji w tym kwartale, przysługuje Panu bezpłatne tankowanie. Realizuje Pan nagrodę dzisiaj? Realizuje.

Słabo mi, to przemęczenie...

W lusterku wstecznym niebieska karuzela. Pięknie, myślę, mandacik za prędkość. Staję na przystanku autobusowym. Dzień dobry, aspirant Kowalski, służba ruchu drogowego. Nie, nie trzeba dokumentów, nie, to nie problem że stanął pan w zatoczce, autobus się przecież zmieści...przepraszamy że zatrzymujemy ale został Pan wytypowany do skontrolowania naszego radiowozu pod względem technicznym oraz do przeprowadzenia testu na trzeźwość. Proszę tu alkomat, tu są ustniki, odczyt będzie za kilka sekund. To wie pan, ja dmucham teraz a kolega zaraz podejdzie bo wypisuje nagrodę dla kierowcy walca za terminowe ukończenie odcinka drogi...

Widzi pan, zero zero. Czyli mogę jechać. Stasiu, podejdź no...będziesz dmuchał...zero zero...nie ma innej możliwości, służba nie drużba...pozwoli pan że zachowamy ustniki? Na pamiątkę. Proszę do radiowozu, Stasiu włącz światła...migacz...długie. Klakson, sygnał dźwiękowy. Czy ma pan jakieś uwagi? Nie mam, chociaż w głowie kłębi się sto myśli na sekundę. Szerokiej drogi, do widzenia.

Droga. Kiedy oni zdążyli położyć ten równy asfalt? To chyba ten kierowca walca.

Słabo mi, to przemęczenie...

Gorąco mi, pocę się...właściwie to mi niedobrze. Ubikacja. Szybko.

Właśnie stałem się bogatszy o milion dolarów. Dwie kreski na teście.

 

 

 

 

5. "Za wszelką cenę", autor: Matio.K

 

- Szybciej, szybciej, zaraz tu będzie! – rzekł do odzianej w kosztowną kreację, dzierżącą łopatę i w pocie czoła kopiącej przestronny dół, kobiety. Piecyk nie pomieści, piwnica do cna zapchana, więc padło na ogródek. Całość się przysypie, postawi koc i stworzy iluzję niedawno odbytego pikniku na łonie własnej posiadłości. Z pomocą drabiny wygramoliła się na zewnątrz i po chwili poświęconej nabraniu oddechu, oboje mocno chwyli za ręce i nogi, by na trzy pozbyć się ciężaru, który z głuchym trzaskiem zadomowił się na dnie.

 

- Tym razem pamiętaliśmy o wszystkim?

- No raczej ...

- Pewna jesteś?

 

Poczęła kolejno wyliczać. Trwało to do momentu, gdy ...

 

- Cholera.

- Co?

- Klapa!

 

Ku ich przerażeniu, w tej właśnie chwili, rozległ się ledwie słyszalny odgłos dzwonka. Oboje zwrócili twarze w kierunku skąd dobiegał.

 

- Biegnij! Biegnij co sił w nogach! – szeptał.

 

Więc zrobiła to. Biegła co sił w nogach. Jak mógł znów o tym zapomnieć? Jak ona mogła zapomnieć? Zresztą to już nieistotne. Większy problem stanowiła pozostawiona sama sobie dziura, która sama z siebie nie zniknie. Balkon, salon, korytarz, łazienka. Drzwi do niej prowadzące, były w zasięgu jej wzroku. Rozmowa [zechce się pan czegoś napić?]. Na szczęście można jeszcze na niego liczyć.

 

- Nie, dziękuję – odrzekł i dodał po chwili – aczkolwiek mam pytanie. Czy nie widział pan może mojego kolegi? Komisja wciąż nie otrzymała stosownego sprawozdania.

 

- A nuż się gdzieś zasiedział? – punkt pierwszy, rozluźnić atmosferę. Z udziałem perłowo białych zębów, robiących wrażenie [podobnie jak i suma, którą zażyczył sobie za to dentysta]. Odwzajemnił się tym samym gestem.

 

- Rozumiem. W takim pod jego nieobecność, pozwolę sobie przejąć jego obowiązek.

- Ależ naturalnie. Proszę śmiało wchodzić. Za chwilę zawołam małżonkę.

 

Nowoprzybyły nie tracił czasu. Z wewnętrznej kieszeni garnituru wyjął pozłacany długopis, oraz niewielki, oprawiony skórą notatnik, inicjując tym samym rozpoczęcie gry [start!]. Robił to na tyle sprawnie, iż nim jego gospodarz zniknął z pola widzenia, zdążył już opuszkiem palca, sprawdzić czystość na półce, gdzie zalegały sprowadzone na tą okazję, egzemplarze chińskiej porcelany dynastii Tang.

 

- Gdzie jesteś? – wyszeptał w pobliżu łazienki. W oczekiwaniu na jakikolwiek znak, sprawdził ostatnie niedociągnięcie, które było częścią składową tego, co zaszczyciło ogród. Wszystko tak jak należy. Ukojony tą myślą, mógł nareszcie powrócić do stanu racjonalnego myślenia. Kuchnia. Powrócił do salonu, gdzie jegogomość właśnie badał zawartość biblioteczki pod kątem zgromadzonej literatury, białych kruków, oraz sumy ich wartości merytorycznej, by na paluszkach przejść do miejsca, gdzie zgodnie z oczekiwaniami była. Uzupełniała nadjedzone wcześniej przekąski. Wszystkie znalazły się teraz na posrebrzanej tacy, i bezgłośnie udały się wraz z nią do salonu. Postawione na specjalnie zakupionym do tegoż celu, hebanowym stole. W tym przedstawieniu, wydatki nie załapały się na angaż.

 

- Oh, już pan przyszedł, nie zauważyłam – rzekła, przybierając ciepły ton głosu typowej, nieco zaskoczonej wizytą, kury domowej.

 

Szybko przytruptała w jego stronę, przeplatając radośnie nóżkami, jednocześnie wystawiając dłoń w jego kierunku.Ująwszy ją z najwyższą czcią i wyczuciem szarmancji, usta zmierzały ku pocałunkowi.

 

- Ale cóż to za grudka ziemi na pani sukni? – rzekł nagle, i zrezygnowaszy z aktu uprzejmości, chwycił za pióro, które bezlitośnie zanotowało jego wątpliwość. Korzystając z chwili nieuwagi okazji, skierowała głowę w stronę męża. Gdyby nie przybierająca delikatny odcień purpuru na jego twarzy, pomyślałaby, że nawet się na nią nie złości [pacan].

 

- Doprawdy nie wiem w jaki sposób się tu znalazła – odrzekła nieco zarumieniona, poddając się coraz to większej presji. Formą odpowiedzi którą w zamian otrzymała, było tylko ciche prychnięcie, oraz jeszcze bardziej zawzięte poszukiwanie dalszych nieścisłości. Pomiędzy inspekcją sytuacji rozgrywającej się pod dywanem, a sprawdzaniem czystości okien, pokusił się o skosztowanie jednej z wyglądających apetycznie, a przy tym tworzących dekoracyjny wzór, kozich serów pokrytych migdałem. Podczas gdy one pieściły jego podniebienie [o czym wcale nie miał najmniejszego zamiaru informować], jego błękitne oczy zwróciły baczną uwagę na sytuację mającą miejsce zaraz za oknem. Niedorzeczne. Doskonale zadbany ogród, który kontrastował się z przestronną dziurą w samym niemal jego centrum. Właściwie też trudno powiedzieć w jaki sposób dotarł tam tak szybko. Faktem jest jednak, iż nie dało się go powstrzymać.

 

- Na miłość boską, co to ma ... – uderzenie ciężkim szpadlem, nigdy nie jest przyjemne. Z tym, że przynajmniej znalazł kolegę z jury, a sam rozwiał wszelkie wątpliwości. Zgłosi to odpowiednim organom, a ich samych szybko sprowadziłby na samo dno rankingu. Gdyby nie to, że zasili ekosystem.

 

- Znowu? – zapytał beznamiętnie.

- Nie pozwolę, by Smithowie wygrali. Te mędy nie zasługują na tytuł najlepszego domu!

- Więc zakopmy to w końcu i dzwońmy po kolejnego ...

 

 

 

 

 

6. "Tego jeszcze nie było". autor: Fein

 

Uczucie podniecenia znika. Nie jestem w stanie powiedzieć kiedy, tak samo jak nikt nie może określić w jakim momencie wyjdzie z lasu. Otaczają nas drzewa, coraz rzadsze, w pewnym momencie wokół nas znajdują się głównie krzaki, aż w końcu wychodzimy na łąkę. Nie ma wyraźnej granicy. Tak samo teraz, przed chwilą czułem olbrzymie podniecenie, świadomość, że to już koniec wstrząsała moim umysłem. A teraz nic. Po prostu błogi spokój i akceptacja tego, co się dzieje.

Schody kończą się i wchodzimy do olbrzymiej sali. Nie widać żadnych źródeł światła, mimo to jest jasno. Pomieszczenie jest idealnie okrągłe, zwieńczone kopułą i puste.

-Co to ma być? - oburza się jeden z moich towarzyszy. - Przecież powinien ktoś tu być!

-Tam – wskazuje inny. Jego palec celuje w jakieś pudełko na środku sali. Aż dziwne, że go wcześniej nie zauważyliśmy, przecież to jedyna rzecz w całej tej komnacie.

Podbiegamy, niby powoli, lecz nerwowo. Kiedy jesteśmy już blisko ktoś krzyczy:

-To trumna!

Zatrzymujemy się przy niej. Jest drewniana, bardzo ładna, bogato zdobiona. Jednak całą pokrywa kurz. Stojący obok mnie kompan klęka przy niej i rękoma odgarnia trochę brudu.

-Tu jest coś napisane. Imię.

Drgamy, zaintrygowani.

-Czyje? – pyta ktoś. - Może dowiemy się przynajmniej kto tu leży.

Twarz osoby przy trumnie tężeje. Po chwili wstaje, odsuwa się i mówi:

-Sami zobaczcie.

Pochylamy się i próbujemy rozczytać niewyraźny napis. Litery są przesadnie zdobione, przez co ciężko je rozróżnić. W końcu jednak nam się udaje. Powoli, znak po znaku odczytujemy imię.

Civis.

To ja.

Odwracam się i widzę, że moi towarzysze cofnęli się o kilka kroków i przypatrują mi się uważnie. Ręce kładą na broni.

-Więc to tak – mówię. - Cóż, nie jestem zaskoczony. Życie to gra, często to powtarzaliście. Szkoda, że na początku nie rozumiałem tego prawidłowo. Dosłownie.

-Och – zdumiewa się jeden z nich. - Zorientowałeś się. Kiedy?

-Ciężko powiedzieć. To jest tak, jak przy wyjściu z lasu, nie widzisz wyraźnej granicy. Raz otaczają cię drzewa, raz krzaki. Tak samo było w moim przypadku, jednego dnia wierzyłem we wszystko dookoła, drugiego byłem... świadomy.

Milczą. Wyczekują na jakieś słowa z mojej strony. Czego oni się spodziewają?

-Wy co najwyżej wrócicie do swojego świata, jakkolwiek by on nie wyglądał, ale ja tu mogę zginąć. Zginąć całkowicie, bez wiary w jakiegoś głupiego boga czy życie po śmierci. Może przynajmniej się przedstawicie. Jak nazywacie się, eee, tam?

-Jestem Oliver Scheizer – odpowiada pierwszy z nich, ten, który zawsze walczył. - Bardzo miło mi ciebie poznać, Projekcie Civis.

-Robert Nagradzki – mówi drugi. - Nauczyciele zawsze mówili mi, że do niczego nie dojdę. Zadedykuję im moją nagrodę Nobla.

-Ja z kolei jestem John Einstein – przedstawia się złodziej z naszej drużyny. - Miałem bardzo sławnego pradziadka, ale myślę, że uda mi się przyćmić jego sławę.

-Euzebiusz Marga – kończy ostatni z nas, czarodziej. - Jestem profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i to ja ich wszystkich zgromadziłem. Doprawdy, obcowanie z tobą było zdumiewającym doświadczeniem.

-Dlaczego? - pytam. Jestem spokojny. - Dlaczego to zrobiliście?

-Och, to proste – odzywa się profesor. - Jesteś pierwszą w pełni samodzielną Sztuczną Inteligencją. Pisali o tym fantaści, dumali filozofowie, ale to my cię stworzyliśmy. Nawet firma, która napisała tę grę nie wie jak wygląda, że tak powiem, twoje wnętrze.

Uśmiecham się, nagle rozumiejąc jego uczucia.

-Taki eksperyment? Chcieliście jako pierwsi poznać działanie tego, czym niedługo będą bawić się masy?

-Niezupełnie – przerywa mi Einstein. - To nie tak. Po pierwsze, jesteś człowiekiem doskonałym. Tak, działasz, jak każda istota ludzka, ale wybieliliśmy wszystkie twoje wady. Jesteś podstawową komórką idealnego społeczeństwa, tysiąc takich jak ty mogłoby zbudować Utopię.

-To nam dało do myślenia – kontynuuje Sheizer. - Jesteś nieskazitelny, a mimo to zabijałeś, kiedy musiałeś i pragnąłeś władzy. Co prawda interpretacja tego zachowania pewnie podzieli ludzkość... Albo raczej naukowców, bo masom nie udostępnimy tej wiedzy.

-I to wszystko? - irytuje się. - Wasze dyrdymały mało mnie interesują, chociaż dotyczą mojej osoby bardziej niż można by pomyśleć.

-Mam jedno pytanie – uśmiecha się profesor. - Tylko jedno. Jak się czujesz w obliczu śmierci?

-I tak umrę. Nie ma więc co nad tym się roztkliwiać.

-Dobrze. Czułbym wyrzuty uruchomiając się za każdym razem, gdybym wiedział, że sprawiamy ci ból.

To chyba koniec rozmowy. Moi przeciwnicy, niewątpliwie geniusze, powoli wyciągają broń. Nie interesuje mnie to.

Skupiam się na jednej myśli. W rękach trzymam karabin maszynowy. Staram się nie myśleć o niczym innym, nie patrzeć na czterech ludzi powoli zbliżających się do mnie z mieczami. Myślę o karabinie w moich rękach, a z czasem cały świat zdaje się składać z tego życzenia.

I staje się. Mam Ak47, całkiem przyzwoitą broń. Pociągam serię po zaskoczonych przeciwnikach, nie zabijając tylko profesora. Inni padają.

-Jak? - pyta Nagradzki. Jest w szkou. W jednej chwili wszyscy żyli, w drugiej nie. Stało się to szybko, szybciej niż jest to w stanie zarejestrować mózg. - Kurwa jak?!

Uśmiecham się podle.

-Gra... W każdej grze można oszukiwać. Tu chodzi o możliwości. Myślałem dużo, zbyt dużo, by pomieściła to wasza maszyna. Więc, aby to gdzieś upakować, zastąpiła tym kawałek swojego programu. I buch, w programie pojawiła się informacja, że mam w rękach Ak-47.

-I? – syczy profesor. - Naprawimy ten błąd. Przy kolejnym uruchomieniu nie będziesz już mógł tego zrobić.

-Z pewnością – mówię. - Ale póki co zamierzam zrobić wam psikusa.

To mówiąc przystawiam sobie lufę do głowy i strzelam.

 

* * *

 

-My God... Nie rozumiem tego – oburzył się Einstein.

-A ja tak – mówi Sheizer. - Przynajmniej częściowo.

Cała czwórka patrzyła na komputer, jakiego jeszcze nie było. Zbudowany na specjalne zamówienie, o możliwościach tysiąckrotnie przewyższających współczesne maszyny. Palił się całkiem zwyczajnie.

-Algorytm nie uwzględniał samobójstwa – oznajmił profesor Nagradzki. - To po prostu nie zawierało się w jego umyśle. Robiliśmy próby.

-A procesor nie poradził sobie z tym faktem, że robi coś, czego zrobić nie można. Ciekawe, czy on to przewidział.

-Chyba – odezwał się po raz pierwsze Marga. - To gra fanstasy, nie miał prawa wiedzieć o karabinach. Sądzę, że w jakiś sposób poznał naszą wiedzę i wykorzystał ją na swój sposób.

-No nie – wściekł się Einstein. - Tego jeszcze nie było! Żeby dzieło wydymało swoich stworzycieli...

-Było – odparł Nagradzki. - Wspomnij Frankensteina. Wszystko było, tylko my nie jesteśmy dość doskonali, aby o błędach pamiętać.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A teraz zdanie jurorów:

 

Kai Wren:

 

1. Cisza

Język: bez zarzutu, nieco zbyt kwiecisty. Kompozycja: dość jednostajna, dużo refleksji, rzeczywiste działania opisane bardzo przelotnie na korzyść uczuć i myśli. Treść: Dość banalna historia miłosna, inne zakończenie mogłoby znacznie poprawić jakość utworu. Ocena końcowa 4,17/5

 

2. Alejajca

Język: sporo błędów gramatycznych i składniowych. Polska z małej litery :o Kompozycja: typowa dla gatunku. Spójna. Dobrze się czyta pomimo błędów ? autor wie, co chciał powiedzieć i pokazać, błędów merytorycznych nie zauważyłam. Treść: właściwie bardziej felieton niż opowiadanie, ciekawe dla osób interesujących się sportem. Ocena końcowa 3,83/5

 

3. Rakil

Język: w zasadzie bez zarzutu, miejscami dowcipny, miejscami nieco zbyt przekombinowany. Kompozycja: dwa opowiadania w jednym, trochę brakuje tempa, trochę niedokończonych, a dobrze zaczętych pomysłów. Treść: coś w stylu fantastyki, parę ciekawych pomysłów: zabawa wersjami imienia kota, dowcip nieco ?na siłę?, ale zdecydowanie duuuuużo wyobraźni. Ocena końcowa 4,33/5

 

4. PrzeM

Język: bez zarzutu. Kompozycja: potok myśli, a raczej krótkie migawki. Ciekawy pomysł na ?fotografie? sytuacji, ale jakby mało dopracowane. Brakuje jakiejś puenty. Treść: typowa social-fiction na warunki polskie. Trafne obserwacje. Jednak trochę brakuje rozwinięcia pomysłu. Ocena końcowa 3,83/5

 

5. Matio.K

Język: tak sobie, chwilami gubi wątek zdania, ewidentne błędy gramatyczne i interpunkcyjne. Kompozycja: chaotyczna. Za wiele pozostawione domysłom, za mało danych do tych domysłów. Treść: przekombinowana, wyraźny wpływ Addamsa. Ocena końcowa 2,1/5

 

6. Fein

Język: prawie bez zarzutu, nieliczne błędy gramatyczne. Kompozycja: przewidywalna. Zbyt skrótowo przedstawione zagadnienia, którym przydałoby się rozwinięcie. Wyraźne piętno nieco starszego typu opowiadania SF, jakieś lata 90-te zeszłego wieku. Treść: Dość typowa SF. Ocena końcowa 3/5.

 

 

Agnes

 

1. Cisza

Językowo bez zarzutu,śliczne, okrągłe, dopracowane zdania. A historia banalna, temat miłości, porzucenia czy odrzucenia jest dość wyeksploatowany i ciężko zabłysnąć. Ocena 3/5

 

2. Alejajca

Przeczytałam z zainteresowaniem, ale literacka wartość tekstu jest dość niska, jak dla mnie, oczywiście. Ocena 2/5

 

3. Rakil

Budowa szkatułkowa, jest zgrabnym chwytem, ale tu nie został ten chwyt wykorzystany w pełni. Dwie opowieści nie współgrają ze sobą, zgrzyta mi to połączenie zamierzchłych czasów i futurystycznego świata z inteligentnym kotem. Brak puenty, mocnego akcentu na końcu. Ocena 3/5

 

4. PrzeM

Forma kuleje, nadmiar wielokropków szczypie w oczy. Ale pomysł bardzo fajny, zebranie tylu nieprawdopodobieństw wywołuje szczery uśmiech. Ocena 4/5

 

5. Matio.K

Kryminalne opowiadanie zamknięte w kiepskim opakowaniu (błędy stylistyczne, gramatyczne), przez to przy czytaniu musiałam się cofać, by zrozumieć. Chyba nie tak powinno być. Ocena 1/5

 

6. Fein

Dobrze napisane opowiadanie, poruszające nienowy temat sztucznej inteligencji. Z filozoficznym zakończeniem. No tak, w praktyce tego jeszcze nie było, w literaturze było wielokrotnie. Ocena 4/5.

 

 

Trzeci pośpiesznie wybrany juror

 

1. Cisza

Ładny obrazek, acz z deka egzaltowany i noszący charakter wpisu do pamiętnika gimnazjalistki. No i niestety - gdzie nawiązanie do tematu? Ja bym powiedział/a, że to już było - milion razy i w najróżniejszych wariantach. Ocena 2/5

 

2. Alejajca

Nie jestem kibicem. Widzę poprawny tekst publicystyczny i... nie chciało mi się go kończyć. Przewinąłem/łam na koniec, bo może tam jest to, czego nie było, ale nie było. Ocena 2/5

 

3. Rakil

Nie znam się na kotach, więc nie chwytam humoru. Jak ten tekst ma się do tematu? Ot, kawałek tekstu, który powstał (w przeciwieństwie do autora uważam, że morał by się przydał) niewiadomopoco. Ocena 3/5

 

4. PrzeM

Rewelacja! Troszkę niedbale, ale... Jak miałem/łam chwilę zwątpienia, czy czasem nie pisać, to wpadłem/łam na podobny pomysł, ale bez takiego zakończenia. Ocena 5/5

 

5. Matio.K

Niezredagowany, a ja nie lubię niechlujstwa ("Ująwszy ją z najwyższą czcią i wyczuciem szarmancji, usta zmierzały ku pocałunkowi. "). Pomysł ciekawy, acz zagadka łatwa do przejrzenia. Ocena 3/5

 

6. Fein

Momencie-momencie, teraz-teraz. Znów niedbałość i wrażenie, że autor nie czytał tego co pisał. Treść jak zapis sesji RPG, ale końcówka niezła. Ocena 2/5

 

 

 

Po zsumowaniu wyników okazało się,że:

MIEJSCE I

PrzeM (12,83 pkt) - gratulacje!

 

MIEJSCE II

Rakil (10,33 pkt) - gratulacje!

 

MIEJSCE III

Cisza (9,17 pkt) - gratulacje!

 

 

Pozostali:

Fein (9 pkt), Alejajca (7,83 pkt), Matio.K (6,1) - wam również gratuluję!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To jakaś mała falka? Brawo!

 

:thewave:

 

Statuetka Złotej Spacji zostanie wręczona wirtualnie weekendem, w obecności jurorzycy :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Już nie mogę się doczekać :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No ja myślę :>

 

:E

 

Laureatom proponuję już się szykować na ten krzepki uścisk Macki :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gratuluję wszystkim... :thewave:

 

Będzie kolejny raz, prawda? Zgłaszam się w ciemno... :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

na swinski to i ja moze bym sie pisal, ale... jak mnie ktos podsumuje i to do dwoch liczb po przecinku, to wole skromne 5.4 w procentach :E

 

swoja droga, jak Kai wyszly te procenty... :hmm:

 

:)

 

no i gratulacje zwyciezcom - spacja dana z macki drozsza od brylantow

:cool:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Gratulacje dla wszystkich :thewave:

Wszystkie opowiadania przeczytam w pierwszej wolniejszej chwili :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
na swinski to i ja moze bym sie pisal, ale... jak mnie ktos podsumuje i to do dwoch liczb po przecinku, to wole skromne 5.4 w procentach :E

 

swoja droga, jak Kai wyszly te procenty... :hmm:

 

:)

 

no i gratulacje zwyciezcom - spacja dana z macki drozsza od brylantow

:cool:

Uznałam, że skala 1-5 jest mało adekwatna. Użylam skali 1-10, a Agnes przeliczyła.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
No już dobrze, wymyślę jakiś świński temat :P

 

 

Napisać dobry erotyk to dopiero sztuka :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Napisać dobry erotyk to dopiero sztuka :P

No problem.

Tylko majtki będziecie miały mokre.

Wszystkie, bez wyjątku.

Zacząć od delikatnego dotyku różowego kwiatu czy od razu przejść do gorącego muśnięcia wiatru na czubeczku perły rozkoszy?

Więc?

;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ojeeejj... tesz kcem :o Zawsze chciałem cosik napisać, mam nawet jedno opowiadanko za sobą ale to takie w zamkniętym gronie - o znajomych dla znajomych, pisane w gimnazjum :heu: Rzadko zaglądam do tego działu więc jakby ktoś mi PM'kę puścił z okazji drugiego takiego konkursu to byłbym wdzięcznie wdzięczny ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Uznałam, że skala 1-5 jest mało adekwatna. Użylam skali 1-10, a Agnes przeliczyła.

Dokładnie, żeby zgrać z pozostałymi ocenami.

 

Więc?

;)

Dam ci znać :P

 

Ojeeejj... tesz kcem :o Zawsze chciałem cosik napisać, mam nawet jedno opowiadanko za sobą ale to takie w zamkniętym gronie - o znajomych dla znajomych, pisane w gimnazjum :heu: Rzadko zaglądam do tego działu więc jakby ktoś mi PM'kę puścił z okazji drugiego takiego konkursu to byłbym wdzięcznie wdzięczny ;)

Tobie też :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
No problem.

Tylko majtki będziecie miały mokre.

Wszystkie, bez wyjątku.

Zacząć od delikatnego dotyku różowego kwiatu czy od razu przejść do gorącego muśnięcia wiatru na czubeczku perły rozkoszy?

Więc?

;)

Uważaj, bo na ten jeden raz mogę zrezygnować z jurorowania :>

 

I wtedy to Panowie będą mieli... problemy :terefere:

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Coś autorzy się nie odzywają.... oprócz zwycięzcy...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Bo cały czas w głębokim szoku i rozczarowaniu jestem, że... tak mało uczestników.

 

Gratulejszon dla jurrorów i piszących.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A właśnie. Skoro Kai używała skali 10 stopniowej to w przełożeniu na 5-stopniową mamy:

 

1 - 0,5

2 - 1

3 - 1,5

4 - 2

5 - 2,5

6 - 3

7 - 3,5

8 - 4

9 - 4,5

10 - 5

 

A 4,17? 3,83? :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nie do końca tak. Używała 10-ciostopniowej, ale oddzielnie za język, kompozycję i treść. Razem może było uzyskać max 30 pkt. Dzieliłam przez 6, żeby uzyskać odniesienie do pięciostopniowej skali.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Dobre i wyróżnienie, hehe.

- Co do literki to celowo, nawet inaczej ją zaznaczyłem. A dlaczego? Wyjaśnienie w tekście.

- Co do błędów gramatycznych/składniowych- mea culpa,postaram poprawić się na przyszłość.

Zarzut publicystki, hmm... Pisałem to godzinę po tym jak nasi przegrali z Niemcami, gdy pojawiały się komentarze takie a nie inne. Poza tym temat był z cyklu: "Róbta co chceta".

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przeczytałem wszystkie prace i najbardziej spodobał mi się tekst Matio.K :P

 

Czemu wcześniej było takie zainteresowanie, a jest tylko sześć prac? Następnym razem ma być więcej! :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Uważaj, bo na ten jeden raz mogę zrezygnować z jurorowania :>

 

I wtedy to Panowie będą mieli... problemy :terefere:

Oj, nie obiecuj, nie obiecuj... Tylko pisz :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Oj, nie obiecuj, nie obiecuj... Tylko pisz :P

Zamkną mnie za pornografię albo zaproponują etat w jakimś erotycznym szmatławcu :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Następnym razem ma być więcej! :P

 

 

to moze mła sie zapyta kiedy bedzie the next ? to moze ja jakiegos paszkwila napisze ?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
to moze mła sie zapyta kiedy bedzie the next ? to moze ja jakiegos paszkwila napisze ?

tła się może pytać do woli.

Pewnie Agnes niedługo znow coś ogłosi :E

 

A ja lubię czytać i recenzować, więc jestem bez litości :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...