Skocz do zawartości
Zamknięcie Forum PC LAB

Szanowny Użytkowniku,

Informujemy, że za 30 dni tj. 30 listopada 2024 r. serwis internetowy Forum PC LAB zostanie zamknięty.

Administrator Serwisu Forum PC LAB - Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie: wypowiada całość usług Serwisu Forum PC LAB z zachowaniem miesięcznego okresu wypowiedzenia.

Administrator Serwisu Forum PC LAB informuje, że:

  1. Z dniem 29 listopada 2024 r. zakończy się świadczenie wszystkich usług Serwisu Forum PC LAB. Ważną przyczyną uzasadniającą wypowiedzenie jest zamknięcie Serwisu Forum PC LAB
  2. Dotychczas zamowione przez Użytkownika usługi Serwisu Forum PC LAB będą świadczone w okresie wypowiedzenia tj. do dnia 29 listopada 2024 r.
  3. Po ogłoszeniu zamknięcia Serwisu Forum od dnia 30 października 2024 r. zakładanie nowych kont w serwisie Forum PC LAB nie będzie możliwe
  4. Wraz z zamknięciem Serwisu Forum PC LAB, tj. dnia 29 listopada 2024 r. nie będzie już dostępny katalog treści Forum PC LAB. Do tego czasu Użytkownicy Forum PC LAB mają dostęp do swoich treści w zakładce "Profil", gdzie mają możliwość ich skopiowania lub archiwizowania w formie screenshotów.
  5. Administrator danych osobowych Użytkowników - Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie zapewnia realizację praw podmiotów danych osobowych przez cały okres świadczenia usług Serwisu Forum PC LAB. Szczegółowe informacje znajdziesz w Polityce Prywatności

Administrator informuje, iż wraz z zamknięciem Serwisu Forum PC LAB, dane osobowe Użytkowników Serwisu Forum PC LAB zostaną trwale usunięte ze względu na brak podstawy ich dalszego przetwarzania. Proces trwałego usuwania danych z kopii zapasowych może przekroczyć termin zamknięcia Forum PC LAB o kilka miesięcy. Wyjątek może stanowić przetwarzanie danych użytkownika do czasu zakończenia toczących się postepowań.

Temat został przeniesiony do archiwum

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

Agnes

[konkurs] Pyk, pyk, pyk z fajeczki...

Rekomendowane odpowiedzi

Zgubny nałóg palenia tytoniu okazuje się być często obecny w literaturze - udało mi się wybrać aż 40 fragmentów, gdzie jest mowa o papierosach, fajce, cygarach, nargile itp... Oczywiście, pewnie dałoby się wybrać i więcej, ale na potrzeby konkursu tyle wystarczy, prawda?

Zasady jak zawsze: punkt za autora, punkt za tytuł (jeśli cytat pochodzi z opowiadania, punkt jest za tytuł opowiadania, pół za tytuł zbioru). Możliwe są oczywiście odpowiedzi cząstkowe, ale po odgadnięciu autora można jeszcze tylko dwa razy strzelać w tytuł.

 

Odpowiedzi przysyłamy na PM, nie zamieszczamy na forum!

 

Czas trwania konkursu: do 15 marca 2009, do północy.

 

Dla zwycięzców przewidziane są nagrody książkowe:

- Artur Perez-Reverte "Ostatnia bitwa templariusza"

- Stefania Grodzieńska "Kłania się PRL"

- Mariella Righini "Cappuccino"

 

Zdobywca największej liczby punktów wybiera sobie książkę z powyższych trzech jako pierwszy, następny następną, osoba, która zajmie trzecie miejsce, otrzymuje książkę, która została. Dedykacja na życzenie, nagrody wyślemy pocztą, etc..

 

Do roboty więc i nie marudzić, że trudne, konkurs jest po prostu bajecznie prosty, no sami zobaczcie!

 

 

1.

Śmiałym krokiem wszedł do pokoju personalnej, śmiałym gestem ujął znienawidzony dokument i w przypływie straceńczej odwagi napisał: "Bez powodu". Następnie oszołomiony własnym zuchwalstwem, udał się do swego pokoju, usiadł przy stole, zapalił papierosa, nie widzącym spojrzeniem obrzucił współpracowników i oddał się rozmyślaniom.

 

 

2.

- Wykonać rozkaz! Wiecie, że mogę rewidować was zawsze i wszędzie - powiedział G. i dorzucił z pogardą: - Nawet wasz dowódca się na to zgodził.

- Tylko dlatego, że pan porucznik nalegał.

- Miałem powody. Wywrócić kieszenie!

K. bez pośpiechu wykonał rozkaz. W końcu nie miał nic do ukrycia. Chusteczka, grzebień, portfel, paczka fabrycznych papierosów, pudełko z jawajską machorką, ryżowe bibułki do papierosów, zapałki. G. upewnił się, że wszystkie kieszenie zostały opróżnione, a potem otworzył portfel. Było w nim piętnaście amerykańskich dolarów i blisko czterysta dolarów japońsko-singapurskich.

- Skąd są te pieniądze? - spytał ostro G. Cały był zlany potem.

- Wygrałem w karty... panie poruczniku.

 

 

3.

Widząc, na co się zanosi, ludzie z Yardu urządzili się, jak kto mógł. Fotograf i technik postawili swoje rzeczy na śniegu, przy rowie, gdzie, oparty o słupek milowy, stał motocykl policjanta - ze służby drogowej. S. zapalał papierosa. Wiatr gasił mu zapałki. Policjant, blondyn o wyłupiastych, poczciwych oczach, odchrząknął:

- Nikt nie wie, panie poruczniku. To było tak: Williams miał służbę od trzeciej. O szóstej miał go zmienić Prrings. Tymczasem o wpół do szóstej jakiś szofer zatelefonował na posterunek, że uderzył autem policjanta, który leciał mu pod koła. Chciał go wyminąć i rozbił maszynę. To wtedy...

- Nie - powiedział G. - jeszcze nie tak. Powolutku. Na czym polegała służba przy kostnicy?

 

 

4.

Mężczyzna miał łysinę jak kolano, tylko nad uszami sterczało po kępce siwych włosów. Czerwona twarz przypominała pysk złego buldoga. Na bulwiastym nosie tkwiły małe złote okulary. Ponadto mężczyzna pykał wygiętą fajkę, zwisającą w kąciku ust, które całe były wskutek tego wykrzywione. Na kolanach trzymał książkę, którą widać właśnie czytał, bo zamykając ją pozostawił między kartkami gruby palec wskazujący - niejako w charakterze zakładki.

Teraz prawą ręką zdjął okulary i przyjrzał się bacznie małemu, grubemu chłopakowi, który stał przed nim i ociekał deszczem. Mrużąc oczy, co jeszcze potęgowało wrażenie złości, mężczyzna mruknął tylko: - O, toś ty pętak! - po czym na powrót otworzył książkę i czytał dalej. Chłopak nie bardzo wiedział, co zrobić, toteż po prostu nie ruszył się z miejsca i wielkimi oczyma patrzył na mężczyznę. Ten w końcu zamknął książkę - jak przedtem, pozostawiają palec między kartkami - i burknął: - Posłuchaj, mały, ja nie lubię dzieci. W dzisiejszych czasach jest co prawda taka moda, że wszyscy się z wami niebywale cackają - ale nie ja! Ani trochę nie jestem przyjacielem dzieci. W moim przekonaniu dzieci to krzykacze, męczydusze, które wszystko psują, mażą książki marmoladą i wydzierają kartki, gwiżdżą sobie na to, że może i dorośli mają swoje kłopoty i zmartwienia. Mówię ci o tym jedynie po to, żebyś od razu wiedział, jak sprawy stoją. Poza tym nie ma u mnie książek dla dzieci, a innych ci nie sprzedam. No, mam nadzieję, żeśmy się zrozumieli! Powiedział to wszystko, nie wyjmując fajki z ust, a następnie znów otworzył książkę i zagłębił się w lekturze.

 

 

5.

D. nie ruszał się z mieszkania do końca dnia i przez całą noc. Leżał na łóżku paląc papierosa za papierosem i rozmyślając, co powinien uczynić. Od czasu do czasu wyglądał przez małe okno na moknące w deszczu City, siedzibę banków, towarzystw ubezpieczeniowych, domów maklerskich i towarzystw akcyjnych - jego świat, ale na jak długo? Rano, natychmiast po otwarciu giełdy, zadzwonił do maklera licząc na nowe informacje.

- Ma pan może jakieś nowiny o Prospecta Oil? - Jego głos był napięty i znużony.

- Nowiny są złe, proszę pana. Nastąpiła masowa wyprzedaż akcji. Zaraz na początku kurs spadł do 2,8o funta.

- Dlaczego? Co, u diabła, się dzieje? - Z każdym słowem coraz bardziej podnosił głos.

- Nie mam zielonego pojęcia, proszę pana - powiedział w słuchawce obojętny głos, pewny swego jednego procenta niezależnie od zwyżki czy zniżki.

 

 

6.

Kiedy się go pytam co mam spróbować, wciska mi do łapy papierosa. Mówię mu dzięki, ale nie palę, a M. na to:

- F., to nie jest zwykła fajka. To jest coś, co poszerzy twoje horyzonty.

Nie jestem pewien czy chcę mieć szersze horyzonty, ale M. jest uparty jak wół.

- Przynajmniej spróbuj - mówi.

No więc chwilę nad tym podumałem i doszłem do wniosku, że jeden papieros mi nie zaszkodzi.

Jedno wam powiem: horyzonty mi się poszerzyły jak cholera.

Wszystko się jakby spowolniło i nabrało dziwnej ostrości. Po przerwie znów wyszliśmy na scenę i chyba nigdy w życiu tak dobrze nie grałem. Każda nuta brzęczała mi ze sto razy w uszach. Po występie M. powiada:

- Ale dałeś czadu! Spróbuj przed ruchawką, mózg wtedy staje!

Spróbowałem - i M. znów miał rację. Nazajutrz kupiłem sobie trochę tego świństwa i wkrótce nie było dnia, żebym nie popalał. Był tylko jeden kłopot: po jakimś czasie zrobiłem się jeszcze głupszy niż przedtem.

 

 

7.

Stanęłam na dywaniku i grzałam sobie ręce, gdyż zziębłam w salonie. Czułam się tak spokojna jak zazwyczaj; w powierzchowności Cyganki nie było nic niepokojącego. Zamknęła książkę i powoli podniosła oczy; opuszczone rondo kapelusza częściowo zasłaniało jej twarz; mogłam jednakże dojrzeć, gdy ją podniosła, że jest to twarz szczególna. Cała była brunatna i czarna; kosmyki kołtuna sterczały spod białej przepaski obejmującej jej podbródek i zakrywającej połowę policzków czy raczej szczęk; skierowała śmiałe spojrzenie prosto na mnie.

- Tak więc, panienko, chcesz, żebym ci wywróżyła przyszłość? - przemówiła głosem równie stanowczym jak jej spojrzenie, równie szorstkim, jak jej rysy.

[...] Starucha ukryła śmiech pod kapeluszem i bandażem, po czym wyciągnęła krótką czarną fajeczkę i zapaliwszy ją zciągnęła się dymem. Po chwili wyprostowała zgarbione plecy, wyjęła fajkę z ust i, wpatrzona w ogień, powiedziała powoli:

- Jest ci zimno; jest ci niedobrze i jesteś niemądra.

- Proszę mi tego dowieść - odpowiedziałam.

 

 

8.

- Ma pan, jak widzę, ochotę zapalić? - nieznajomy zwrócił się niespodziewanie do B. - Jakie pan pali?

- A co, ma pan do wyboru? - ponuro zapytał poeta, któremu skończyły się papierosy.

- Jakie pan pali? - powtórzył nieznajomy.

- "Naszą markę" - z nienawiścią odpowiedział B.

Nieznajomy niezwłocznie wyciągnął z kieszeni papierośnicę i podał ją B.:

- "Nasza marka"...

I redaktorem, i poetą wstrząsnał nie tyle fakt, że w papierośnicy znalazła się właśnie "Nasza marka", ile sama papierośnica. Była olbrzymia, z dukatowego złota, a kiedy się otworzyła, na jej wieczku zaiskrzył błękitnymi i białymi ogniami trójkąt z brylantów.

 

 

9.

- Aparat nie miał żadnych znaków rozpoznawczych - odparł U. - Im to nie jest potrzebne. Leżał więc sobie ten talerzyk, a wokół niego kłębił się tłum przybyszów. Jedni statek naprawiają, inni krzątają się na drodze. Sprzęt, urządzenia mechaniczne, maszyny drogowe - aż dziw bierze, ile tego wszystkiego może się pomieścić w niewielkim talerzyku.

[...]

- Dawaj dalej - powiedział W. W. - Robi się chłodno.

- No więc pytam - ciągnął U. zapalając papierosa - "Dlaczego tak ostro?" A główny przybysz odpowiada: "A co mam robić? Postawcie się - powiada - na nasze miejsce. Przylatujemy na obcą planetę. Mamy - powiada - kategoryczne polecenie unikania kontaktów i ograniczenia się jedynie do obserwacji wizualnej. Tubylcze - powiada - cywilizacje, powinny rozwijać się wedle własnych praw".

- Jakie niby tubylcze cywilizacje? - zapytał P.

- My - odparł G. za U.

 

 

10.

Siedzę na swoim siodle, pykając fajkę, i patrzę na żarzące się polana w palenisku.

Nie wiem nawet, czy to gościnność, przywilej, czy objaw nieufności.

Noc jest czarna, na zewnątrz wciąż siąpi deszcz. Słychać tylko kaszel stojących na podeście wartowników. To, co się tu dzieje, to coś w rodzaju podwyższonej gotowości bojowej. Zazwyczaj chyba nie śpią w sali. Nawet rycerstwo Grismy ma jakieś kobiety, dzieci, domy albo kwatery. Teraz jednak jest inaczej. Teraz jest czas zimnej mgły, cokolwiek to znaczy. Kobiety i dzieci śpią w osobnej komorze, również z bronią pod ręką, jedne na drugich. Woje, po zakończeniu pijatyki, drzemią na stołach i podłodze halli, broniąc dostępu do ich sypialni. Ostatnia linia obrony. Przytuleni do siebie nawzajem jak króliki. Nawet za potrzebą wychodzą chyłkiem i jakoś trwożnie tuż za próg. Przed bramę grodziska pewnie nie wyszliby nocą za żadne skarby.

Wystukuję fajkę o kamienie paleniska, przeciągam się i wychodzę na zewnątrz, zakładając kaptur półkożuszka. W świetle rozedrganych płomieni lamp, stojących pod dachem na podeście bramy, krople deszczu przypominają lśniące jak rtęć kreski.

 

 

11.

Chciałem dać zapasowe wiosła krajowcom, którzy stali na pokładzie rozkoszując się naszymi papierosami. Tubylcy potrząsnęli jednak żywo głowami i wskazując w kierunku naszego kursu, zrobili zdziwione miny. Pokazywałem na migi, że musimy wiosłować wszyscy, i powtarzałem słowa: “Chcę iść na ląd". Wtedy bardziej doświadczony spośród nich pochylił się w przód, zakręcił w powietrzu prawą ręką i rzekł:

— Brrrrrrrrr!

Było jasne jak słońce, że chciał, abyśmy puścili w ruch motor. Wydawało im się, że stoją na pokładzie niezwykłego, głęboko załadowanego statku. Wzięliśmy krajowców na rufę i pokazaliśmy im, że nie mamy pod balami żadnej śruby okrętowej ani kadłuba statku. Wydawali się być zaskoczeni, zgasili papierosy i przycupnęli na krawędzi tratwy, gdzie siedzieliśmy we czterech, każdy na swoim pniu, przebierając w wodzie wiosłami. W tej chwili słońce zniknęło za cyplem wyspy i powiew lądowej bryzy wzmógł się. Nie wyglądało na to, żebyśmy się mieli posunąć chociaż o cal.

Krajowcy wskoczyli z powrotem do czółna i znikli. Zapadał zmrok, byliśmy teraz znowu samotni i rozpaczliwie machaliśmy wiosłami, aby nie dać się zepchnąć na nowo w morze.

Kiedy nad wyspą zapadła ciemność, zza rafy wyłoniły się cztery czółna tańczące na fali i za chwilę mieliśmy na pokładzie Polinezyjczyków pragnących powitalnego uścisku ręki i papierosów. Mając na statku ludzi obeznanych z miejscowymi warunkami, mogliśmy się niczego nie obawiać; tubylcy nie zezwoliliby przecież na zdryfowanie nas w morze. Tego wieczora będziemy więc na lądzie!

 

 

12.

H. wskazuje na mnie papierosem - za późno, żebym mógł uciec. Udaję, że nic nie rozumiem. Dalej zamiatam.

- Słyszałem, że przed laty, kiedy elektrowstrząsy były naprawdę w modzie, W. otrzymał ich ponad dwieście. Wyobrażasz sobie, jakie spustoszenia musiało to poczynić w jego i tak nadwątlonym mózgu? Spójrz na niego: ogromny dozorca. Zaiste, prawdziwy współczesny Indianin - ponad dwumetrowy automat do zamiatania, który boi się własnego cienia! Już wiesz, przyjacielu, czym mogą nas straszyć.

[...]

H. uśmiecha się i zaciąga wolno papierosem.

 

 

13.

A. z westchnieniem wyraźnej ulgi wyciągnęła nogi i sięgnęła po papierosy. Pomiędzy fotelami stały rozmaite przedmioty, służące jako podręczne stoliki.

- Nic nie mam - odparła niecierpliwie. - Ale jej nie wolno otwierać na długo, bo potem zaraz trzeba rozmrażać. Trzeba sięgnąć i wyjąć. A on otworzy i będzie się przyglądał, i będzie szukał tego soku...

Z mroku wynurzyły się nagle nogi P., pod lampą zaś pojawiła się jego ręka z butelką mleka.

- Coś ty przyniósł? - powiedziała z niezadowoleniem Z. - P., nie wygłupiaj się, czekamy na sok pomarańczowy!

- O rany - zmartwił się P. - Nie trafiłem. A. kazała nie patrzeć.

 

 

14.

Człowiek-cień zaprzestał jednakże poszukiwań. Uspokoiwszy rozwścieczonego wspólnika rozwalił się w leniwej pozie na krześle, zapalił fajkę i usiłował wieść rozmowę tak swobodną, jak gdyby A. należał do zażyłej kompanii.

- Widzisz, młodzieńcze, że z moim przyjacielem nie ma żartów, a ty do niego nie masz szczęścia. Mogło się skończyć morderstwem, chociaż nic łatwiejszego, żeby skończyło się zgodą. Wśród rozsądnych ludzi zgoda jest zawsze możliwa. Po co ta głupia wojna? Zróbmy uczciwy układ: ty coś wiesz i my coś wiemy; ty czegoś szukasz i my czegoś szukamy. Prawda? Szukajmy razem. Nie znajdziemy - trudno. Ale jeżeli znajdziemy, podzielimy się po bratersku. Dobrze o tym wiesz, że ten oficer sprzed stu lat ukrył jakieś wielkie bogactwa, bo napisał o tym w swoim liście. Trzeba tylko do nich trafić. Nie ma takiej zagadki, której by nie można rozwiązać, więc i my ją kiedyś rozwiążemy, ale nie mamy czasu. Nam się śpieszy... Więc zróbmy tak: my pomożemy tobie, a ty pomożesz nam. Nas jest trzech, ściślej mówiąc - dwóch, jeden się nie liczy - ten, którego widziałeś z psami, bo on nam tylko prowadzi gospodarstwo... Ale i ja, i ten pan, który tak świetnie udawał malarza, ważymy się na wszystko. No i jakże! Przystąpiłbyś do spółki?

 

 

15.

Wyjął z kieszeni skórzaną cygarnicę, wyciągnął z niej długie cygaro i powąchał je z przyjemnością, po czym spojrzał na S. z udanym niepokojem, jak gdyby czekając na jej wyrok.

"Niech go licho porwie - pomyślała - zawsze potrafi mnie przekonać. Chociaż czuję, że argumenty jego nie są słuszne, nigdy nie mogę dociec, gdzie tkwi błąd".

- Mógłbyś - powiedziała z godnością - rozdać pieniądze tym, którzy są w potrzebie. Konfederacji już nie ma, ale pozostali jeszcze konfederaci lub ich rodziny, które przymierają głodem.

Odrzucił w tył głowę i roześmiał się głośno.

- Nigdy nie bywasz bardziej czarująca i niedorzeczna, jak kiedy stajesz się hipokrytką!- zawołał szczerze ubawiony. - Mów zawsze prawdę, S. Nie potrafisz kłamać. Irlandczycy są najgorszymi kłamcami pod słońcem. Bądź szczera, moja droga. Nigdy nie przejmowałaś się losami nieboraczki Konfederacji, jeszcze mniej zaś obchodzą cię przymierający głodem konfederaci. Protestowałabyś głośno, gdybym napomknął ci choćby o rozdaniu tych pieniędzy, chyba że lwią część podarowałbym tobie.

 

 

16.

Zegar - zwykły, mierzący czas - wskazywał jedenastą w nocy. Za trzynaście minut miał się znaleźć na najbardziej odległym od słońca odcinku swojej orbity. Kaszlnął parę razy, aby sprawdzić mikrofon, na chybił trafił zaproponował Kalkulatorowi, aby wyciągnął czwarty pierwiastek z 8769983410567396, nawet nie popatrzył na wynik, który Kalkulator podał z największym pośpiechem, mieląc w swoich okienkach cyferki i potrząsając nimi nerwowo, jakby od tego wyniku Bóg wie co zależało, pomyślał, że kiedy wyląduje, najpierw wyrzuci z rakiety przez klapę rękawice - tak sobie - następnie zapali papierosa i pójdzie do mesy, gdzie każe zaraz podać sobie coś smażonego, ostrego, z czerwoną papryką, i do tego duże piwo - lubił piwo - kiedy zobaczył światełko.

Patrzał w lewy przedni ekran pozornie niewidzącym wzrokiem i był już cały duchem w mesie, nawet czuł woń wysmażonych dobrze ziemniaczków - przyrządzano je specjalnie dla niego - a jednak, ledwo światełko wędrowało w głąb ekranu, cały sprężył się, tak że gdyby nie pasy, na pewno pofrunąłby w górę.

 

 

17.

Dom pana H. był to staromodny, niski, wybielony budynek, oparty o ścianę sosnowego lasu. Gospodarz siedział na ocienionym winem ganku, rozparł się wygodnie, zdjął kurtkę i rozkoszował poobiednią fajką. Skoro poznał kto nadchodzi, zerwał się, wpadł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Zachowanie to było wynikiem jego zdumienia, a także wstydu z powodu wczorajszego gwałtownego wystąpienia, ale na widok tego A. opuściła reszta odwagi. "Jeśli teraz jest taki zły, co będzie, gdy się dowie o mojej sprawce?" - myślała strapiona pukając do drzwi. Ale pan H. otworzył, uśmiechnął się z zaambarasowaniem i zaprosił A. do pokoju tonem łagodnym, choć nieco zdenerwowanym. Odłożył fajkę i naciągnął kurtkę; uprzejmie podał A. bardzo zakurzone krzesło. Powitanie minęłoby zupełnie spokojnie gdyby nie zdradziecka papuga, która zerkała złymi, złotymi oczami poprzez pręty klatki. Zaledwie A. usiadła, Imbirek wrzasnął:

- Jak mi Bóg miły! Po co ta ruda wiewiórka tu przychodzi?

 

 

18.

Zaraz potem pisnęły drzwi od pokoju rodziców i nadciągnął ojciec B. z papierosem w zębach i papierzyskami w obu dłoniach zapytując, co się właściwie dzieje w tym domu.

- A! - rzekł życzliwie, wchodząc do pokoju. -Witam pana, Juliuszu. P., stojąc na blacie biurka, dosuniętego do ściany i przykrytego starymi numerami tygodnika "Kultura", ukłonił się grzecznie i omal nie zleciał.

- Dzień dobry. Ale... ja nie jestem Juliusz, proszę pana - zarówno jego mina, jak i ton głosu wskazywały, że jest urażony, choć stara się to ukryć z przyczyn dyplomatycznych. Ustawiczne mylenie go z owym enigmatycznym Juliuszem, którego nigdy tu nie widział lecz który wciąż obecny był wśród B., doprowadzało go do furii. W dodatku wciąż nie był pewien, czy G. aby nie jest naprawdę zaręczona. Dlatego natychmiast poczerwieniały mu uszy, ponieważ przeraził się, że mogłaby ona posądzić go o zwyczajną zazdrość.

- U... - stropił się tata B., którego uwadze nie uszły subtelne objawy przeżyć duchowych widoczne na twarzy P. -Jak mogłem się tak pomylić. Pan ma przecież na imię... - zatoczył rozpaczliwie oczami. - Oczywiście... hm, Klaudiusz.

- J. - rzekł P. ostrożnie.

- No, oczywiście! Jak mogłem zapomnieć. Najmocniej przepraszam! - sumitował się ojciec. - To wszystko wina mechanizmu skojarzeń... Ale teraz będę już pamiętał. Jak to miło z pana strony, że zatyka pan ten nieszczęsny otwór... przypuszczam, że ja bym nie potrafił. Proszę przyjąć wyrazy zachwytu i zawiści... panie Juliuszu.

 

 

19.

- Dobry wieczór - powiedziałem do dziewczyny.

Obojętnie kiwnęła mi głową. Paliła papierosa i jej twarz wyrażała znudzenie. Przez krótki moment wydawało się, że przedziwny kształt mego wozu, jak również moje niespodziewane zjawienie się na leśnej drodze wzbudziły w jej oczach błysk zainteresowania. Ale, jak powiadam, trwało to niezmiernie krótko. Po chwili obojętnie spoglądała w niebo i paliła papierosa, jakby zupełnie nie obchodził jej lincoln, który tkwił w strumieniu.

Ubrana była w obcisłe spodnie i sweterek bez rękawów. Miała jasne, długie włosy i twarz o urodzle amerykańskich aktorek filmowych. Ale jej cała postawa zdawała się wyrażać: "Wiem, że jestem bardzo piękna, przyzwyczaiłam się do zachwytów nad swoją urodą. Jestem piękna, bogata, nic mnie nie może zdziwić i niczemu się nie dziwię".

- Nie należy palić papierosów w lesie, bo może być pożar - zwróciłem jej uwagę. Wyznaję, że ta jej pełna znudzenia postawa bardzo mnie zirytowała.

Wzruszyła ramionami i nawet nie raczyła na mnie spojrzeć.

Pośpiesznie nadszedł elegancki, młody człowiek.

- Ta pani jest cudzoziemką i nie rozumie po polsku - wyjaśnił i jednocześnie obrzucił mnie dość krytycznym spojrzeniem. Na widok mego samochodu na jego ustach pojawił się ironiczny uśmieszek.

- W takim razie - powiedziałem - może pan będzie łaskaw zwrócić jej uwagę, że w lesie nie należy palić papierosów.

- Pan jest leśniczym? - ucieszył się młody człowiek. - Świetnie się składa. Trzeba nam koni do wyciągnięcia z błota samochodu.

- Nie jestem leśniczym - rzekłem. Młody człowiek wzruszył ramionami. Przestał być uprzejmy i rzekł pogardliwie:

- Więc czego się pan wtrąca w nic swoje sprawy?

- O, przepraszam. To jest las państwowy, a ja jestem obywatelem tego państwa, czyli w pewnym sensie ten las jest także i pod moją opieką.

 

 

20.

Nikogo nie dziwił widok N. spacerującego z fajką w zębach po ogrodzie; nie, nikogo nie dziwiło nawet to, że świnie wyciągnęły z szaf ubrania pana J. i nałożyły je na siebie. Sam N. ukazał się w czarnym paltocie, myśliwskich bryczesach i skórzanych sztylpach, a jego ulubiona maciora paradowała we wzorzystej jedwabnej sukni, którą pani J. wkładała w niedzielę.

 

 

21.

Niania O. wyjęła fajkę z zębów.

- Przecież ja nie mam takiego usposobienia - zauważyła łagodnie.

- Nie mówiłam o tobie.

- No cóż, E. zawsze miała paskudne. To dla niej stan naturalny.

- I prawie nigdy nie rzuca czarów. Po co być czarownicą, jeśli się nie czaruje? Dlaczego nie korzysta z magii, żeby pomagać ludziom?

Niania przyjrzała się jej przez obłok fajkowego dymu.

- Bo pewnie wie, jaka byłaby w tym dobra - wyjaśniła. - Znam ją od bardzo dawna. Znałam całą jej rodzinę. U W. wszyscy mieli talent do czarów, nawet mężczyźni. Rodzili się z magicznymi zdolnościami. Taka klątwa. Poza tym ona uważa, że nie da się pomóc ludziom czarami. Nie tak jak trzeba. I to też jest prawda.

- Więc po co...?

Niania pogrzebała w fajce zapałką.

- O ile pamiętam, przyszła ci pomagać, kiedy w twojej wiosce wybuchła zaraza. Pracowała dzień i noc. Nie słyszałam jeszcze, żeby nie leczyła kogoś chorego, kto tego potrzebuje. Nawet jeśli, no wiesz, jeśli ropieje. A kiedy ten wielki stary troll, co mieszka pod Złamaną Górą, przyszedł szukać pomocy, bo żona mu zaniemogła, a wszyscy rzucali w niego kamieniami, to pamiętam, że właśnie E. z nim poszła i odebrała dziecko. A kiedy stary druciarz Hopkins rzucił w nią kamieniem, to wkrótce potem nocą coś rozdeptało mu na płasko stodołę.

 

 

22.

Siedziałem jak wryty na moim worku w korytarzu, nisko, między nogami stojących ciasno, ramię w ramię i noga w nogę, podróżników. Paliłem papierosa ostrożnie, w zwiniętej trąbce dłoni, żeby nie przypalić komuś nogawki spodni czy zwanej poły płaszcza. Słuchałem głosów, co ponad głową.

- Kto tam wie, jak to było.

- Może czasami przez te jego ciemne okulary.

- Możliwe. Może mu się zapociły, zarosiły mu się. Zziajany był, a tu mróz, para mu z gardła buchała i okulary mogły mu się zapocić. Mało, że ciemne, to jeszcze zapocone.

- Po co on nosił te ciemne okulary? Lato, zima - zawsze w nich chodził. Na wszystkich filmach w nich występował.

- Ja widziałem jeden film "Popiół i diament". To on tam w jednym miejscu mówi do dziewczyny, która go też pyta, po co on chodzi w tych ciemnych okularach? Dlaczego? I on jej mówi, że w okupację, prawie cały czas po kanałach żył, co są pod ulicami. I teraz, po wojnie, musi chodzić w ciemnych okularach, bo go dzienne światło za bardzo kłuje w oczy. Bolą go oczy od tego światła. Za bardzo do ciemności mu się oczy przyzwyczaiły w tych kanałach.

 

 

23.

Oczywiście, nie wszyscy potrafią tworzyć dublety. Ja, na przykład, jeszcze nie umiałem. To, co mi na razie wychodziło, nie potrafiło absolutnie nic, nawet chodzić. I oto stoisz nieraz w kolejce, obok niby W., R. i W. P., a pogadać nie ma z kim. Stoją jak posągi, nie mrugają oczami, nie oddychają, nie przestępują z nogi na nogę i nie ma kogo poprosić o papierosa.

 

 

24.

Kiedy byłem młodszy - dwie żony temu, ćwierć miliona papierosów temu, trzy tysiące litrów alkoholu temu...

Jednym słowem, kiedy byłem dużo młodszy, zacząłem zbierać materiały do książki pod tytułem Dzień, w którym nastąpił koniec świata.

Miała to być książka dokumentalna.

Miała to być relacja o tym, co porabiali różni wybitni Amerykanie w dniu, w którym zrzucono pierwszą bombę atomową na Hiroszimę.

Miała to być książka chrześcijańska. Wówczas byłem chrześcijaninem.

Teraz jestem bokononistą.

 

 

25.

Ktoś dotknął jego ramienia.

- Zapal, H. - szepnął sturmfuehrer B. podsuwając K. skórzaną papierośnicę ze złotym monogramem. B. lubuje się w złocie, wykorzystuje okres, kiedy złoto go nic nie kosztuje. Ma złote zęby, które wstawił niedawno, gruby złoty sygnet, monogramy, gdzie się tylko da - na portfelu, papierośnicy, teczce.

- Dziękuję - powiedział K., przyjmując ogień i z przyjemnością wdychając aromatyczny dym.

 

 

26.

- Co pan na przykład myśli o znalezionym na miejscu zbrodni kapciuchu z tytoniem? Czy przypadkiem nie stanowi on klucza do rozwiązania zagadki?

W spojrzeniu H. malowało się zdumienie.

- Ale to był przecież jego własny kapciuch. Wewnątrz znajdują się nawet inicjały, wyciśnięte na foczej skórze, z której go wykonano. Właściciel tajemniczego kapciucha był bowiem doświadczonym łowcą fok.

- A jednak nie posiadał on fajki.

- Rzeczywiście, sir. Nie możemy jej znaleźć. Palił on bardzo mało. Mógł jednak mieć u siebie tytoń dla przyjaciół.

 

 

27.

Schowałem się cały pod skorupę i podtrzymując tylną oś samochodu cierpiałem fizycznie i moralnie, bowiem wszyscy w sklepie bardzo śmierdzieli papierosami, a kierownik, straszliwy nikotyniarz, zapalający jednego ekstra-krzepkiego od drugiego super-wonnego, mówił: "Nic mu nie będzie. Zresztą tylko etatowi podpadają pod ochronę pracy, a nie umowy zlecone, i to jeszcze ze zwierzętami". Sekretarka szczerzyła zęby, nie wyjmując z ust importowanego play-baba i dogadywała przypochlebnie: "Hi, hi, hi! No pewno." [...]

- Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie panna Zosia, pracująca u nas jako goniec, która zwilżała mi głowę i płetwy oraz ogon, udając, że podlewa kwiaty, a nawet zerwał i wsunęła pod skorupę liść z palmy i tak już konającej w tytoniowym dymie.

 

 

28.

W samej "Królewnie Śnieżce" był domek pełen kufli do piwa i piwnica z dzbanami wina i śmiercionośnymi truciznami. "Śpiąca królewna" okazała się nie lepsza: miała zalanego lokaja, który upijał się dosłownie pod stołem. "Pinokio" nie tylko pił, ale też palił cygara, które Liga Antynikotynowa jakoś przeoczyła. Nawet "Dumbo" się upił.

Ale kasowanie animacji jest dość łatwe, a "Alicja w Krainie Czarów" miała tylko parę kółek dymu, więc skończyłem swoją dwunastkę i mogłem uzupełnić zapas śmiercionośnych trucizn.

 

 

29.

Kiedy następnego wieczora przyszłam do klubu, chłopaki z paczki przynieśli wielkie nargile. Najpierw w ogóle nie wiedziałam, co to jesr. K. wyjaśniła, że oni palą haszysz, i że mogę się przyłączyć. Nie bardzo wiedziałam, co to jest haszysz. Pamiętałam tylko, że to narkotyk i strasznie zabroniony.

Chłopaki zapalili fajkę i puścili w obieg gumową rurkę. Każdy ciągnął po kolei. K. też. Ja odmówiłam. Właściwie to wcale nie chciałam odmówić. Chciałam przecież należeć do paczki. Ale jakoś nie mogłam się jeszcze na to zdobyć, żeby palić narkotyk. Po prostu autentycznie się zlękłam.

Czułam się koszmarnie nieswojo. Najchętniej rozpłynęłabym się w powietrzu. Ale nawet nie mogłam odejść od stołu, bo wyglądałoby na to, że zrywam z nimi, bo palą haszysz. Powiedziałam im więc, że akurat mam chęć na piwo.

 

 

30.

- Tatuś czyta głośno o s w o i m życiu - wyjaśnił M. (podkreślając "swoim").

- No i co uważacie? - spytała M. M.

- Pasjonujące! - odparł M.

- Prawda? - zgodziła się M. - Żebyś tylko, T., nie przeczytał czegoś, co może dać młodym złe o nas wyobrażenie. W takich miejscach mów lepiej: "i tak dalej, i tak dalej". Chcesz fajkę?

- Nie pozwól mu palić! - zawołał R. - Ciotka P. powiedziała, że od tego trzęsą się łapki, żółknie pyszczek i łysieje ogon!

- E tam - odparła M. M. - Palił całe życie i nie zrobił się ani roztrzęsiony, ani żółty, ani łysy. Wszystko, co przyjemne, jest dobre dla żołądka.

To mówiąc, zapaliła T. fajkę i otworzyła okno, przez które powiał lekki wieczorny wietrzyk znad morza.

 

 

31.

Przez długą chwilę w milczeniu ćmili fajki, a słońce oświetlało ich skośnymi promieniami, które padały w dolinę spośród białych obłoków płynących wysoko po zachodniej stronie nieba. L. czas jakiś leżał bez ruchu patrząc bez zmrużenia oka w niebo i w słońce i podśpiewując z cicha. Wreszcie wstał.

- No, przyjaciele! - rzekł - czas ucieka, mgła się rozwiała i powietrze byłoby czyste, gdybyście z dziwnym upodobaniem nie wędzili nas w dymie. Może byśmy zaczęli opowieść?

- Moja historia zaczyna się od przebudzenia w ciemnościach, w pętach i pośród obozowiska orków - rzekł P.

 

 

32.

Ja stoję ot, tak sobie, podpieram ścianę, swoje zrobiłem i już trzymam w pogotowiu papierosa, palić mi się chce wściekle - od dwóch godzin nie miałem papierosa w ustach. A on jakoś nie może rozstać się ze swoimi skarbami. Załadował jeden sejf, zamknął, opieczętował, teraz załadowuje drugi: zdejmuje z transportera "pustaki", ogląda każdy ze wszystkich stron (a ciężkie są ścierwa jak wielkie nieszczęście, każdy waży sześć i pół kilo) i starannie ustawia na półkach.

[...] Dwie miedziane okrągłe płytki wielkości spodeczka, grube na pięć milimetrów, odległość między płytkami czterysta milimetrów, i oprócz tej odległości niczego między płytkami nie ma. Można tam wsadzić rękę, można i głowę, jeżeli kompletnie zgłupiałeś ze zdziwienia - pustka, pustka, powietrze. Pomimo to coś miedzy nimi oczywiście być musi, siła jakaś, tak ja to rozumiem, ponieważ ani ścisnąć tych płytek, ani rozerwać nikomu się jeszcze nie udało.

 

 

33.

Wyjął z papierośnicy papierosa i zapalił. Głowa znowu ani drgnęła.

- W jaki sposób by mi się pani zrewanżowała, mma? Myśli pani, że jestem samotny?

- Nie jest pan samotny. Słyszałam, że ma pan wiele przyjaciółek. Nie potrzebuje pan jeszcze jednej.

- Chyba ja sam najlepiej potrafię to ocenić.

- Nie, myślę, że jest pan człowiekiem, który lubi dużo wiedzieć. To pozwala panu zachować wpływy. Pan też potrzebuje muti, prawda?

Wyjął papierosa z ust i położył na dużej szklanej popielniczce.

- Powinna pani uważać z takimi tekstami. - Przestał obcinać końcówki. Umiał czysto artykułować słowa, jeśli chciał. - Ludzie, którzy oskarżają innych o czarownictwo, mogą tego pożałować. Ciężko pożałować.

 

 

34.

Kiedy M. E. schodził ze schodów, ręka jego sięgnęła odruchowo do kieszeni marynarki, wydobyła kawałek ciemnej bibuły i szczyptę meksykańskiego tytoniu. Skręcił wprawnie papierosa i zapalił. Pierwszym łykiem dymu zaciągnął się powoli, głęboko i z rozkoszą.

[...]

Wreszcie zerwał kołnierzyk, zmiął i wcisnął do kieszeni. Padał zimny, przejmujący deszcz, ale chłopak odkrył głowę, rozpiął kamizelkę i szedł przed siebie w upojeniu wspaniałej niewiedzy. Prawie nie zauważył, że pada. Szedł jak w ekstazie, śniąc na jawie i po sto razy odtwarzając w myśli sceny minionego wieczoru.

Spotkał więc nareszcie kobietę, kobietę, o której co prawda myślał mało, w w ogóle niewiele myślał o kobietach, lecz której oczekiwał podświadomie, ufając w głębi serca, że przecież kiedyś ją ujrzy.

[...]

Policjant, stojący na rogu, obejrzał się podejrzliwie, zauważywszy rozkołysany wzrok marynarza.

- A gdzieżeś się tak schlał, u licha? - zapytał.

M. E. powrócił z niebiosów na ziemię.

 

 

35.

Stanąwszy z wyciągniętą szyją na palcach zerknęła nad krawędź grzyba: i nagle znalazła się oko w oko z wielką błękitną gąsienicą, która siedziała tam z założonymi rękoma i spokojnie paliła długie nargile, nie zwracając najmniejszej uwagi na nią w i ogóle na otoczenie.

 

 

36.

Mężczyźni przeszli potem do palarni, na kawę, fajkę, cygaro, papierosa; jedynie pan B. wymówił się lekarskim zaleceniem półgodzinnej drzemki po posiłku. Szerokie, rozsuwane drzwi pod zimnazowemi archiwoltami (z których spoglądały ślepe oczy Królowej Zimy o śnieżnobiałych piersiach, wspartej na soploskrzydłych puttach) oddzielały palarnię od głównego pomieszczenia salonki. W nim znajdował się stół bilardowy - najbardziej absurdalny zbytek - i mała biblioteka, zaopatrywana na stacjach postoju w aktualne wydania gazet lokalnych. Stał tam także wysoki odbiornik radjowy o podświetlanej tarczy.

 

 

37.

Sołtys zapalił extrakrzepkiego. Zaciągnął się głęboko i z zadowoleniem.

- Prawdę powiedziawszy, inaczej sobie pana wyobrażałem - powiedział. - Sądziłem, że kapitalista powinien mieć cylinder, frak, bat w ręce i cygaro w zębach. I, oczywiście, złoty zegarek na łańcuszku. Dziadek opowiadał... No i liczyliśmy, że będzie tu prawdziwa fabryka, nie szwalnia spodni.

S. popatrzył na niego zaskoczony.

- Sądziliście, że będę chodził z batem po fabryce i wyzyskiwał robotników? - Uśmiechnął się.

- Na to ludzie liczą... Robota cholernie by się przydała. Nawet pal licho ten wyzysk, najwyżej zastraj... - zaplątał się przestraszony. - Byle zarobić kilka groszy.

- W dzisiejszych czasach państwo bardziej wyzyska mnie niż was - westchnął biznesmen. - Ale jeśli jest zapotrzebowanie społeczne, frak i cylinder da się wypożyczyć. Tylko cygaro będzie zgaszone, ja nie palę.

- Przyda się w gminie trochę inwestycji. Kapitalizm to praca, pieniądze, możliwości...

 

 

38.

Podświadomie wyciągnął pogniecionego papierosa i zapalił go. Zwietrzały i zeschnięty papieros rozsypał mu się w palcach.

Dziwne - pomyślał.

- To z gorąca - powiedział A. H., który spostrzegł, co się stało. - Na skutek wybuchu bomby.

- Czy postarzeliśmy się przez to? - spytała W., wysuwając się zza pleców H. i siadając koło J. - Czuję się stara; jestem stara, twoje papierosy są stare - od dziś wszyscy jesteśmy starzy z powodu tego, co się nam wydarzyło. Był to dzień, jakiego nikt z nas dotąd nie przeżył.

Statek z ogromnym wysiłkiem wzniósł się nad powierzchnię Luny, bez sensu wlokąc za sobą wykonany ze sztucznego tworzywa tunel łączący.

 

Odśwież zmatowiałe powierzchnie sprzętów i urządzeń kuchennych nowym cudownym preparatem X - latwą w użyciu, dającą wysoki połysk warstwą plastykowego tworzywa. X jest zupełnie nieszkodliwy, jeśli stosuje się go zgodnie z instrukcją. Uwalnia od nieustannego szorowania, dzięki niemu nie tkwisz wciąż w kuchni!

 

 

39.

Sobota, 20 stycznia

Palimy papierosy przy kominku i czujemy - tylko dlatego, że czynsz na Mecklenburgh Square jest tak wysoki - że tym razem postąpiliśmy głupio. L. poszedł pojeździć na łyżwach, a ja spacerowałam wzdłuż brzegu i z powrotem do domu przez mokradła. Piękno było eteryczne, nierealne, puste. Wszystko w ciszy, jak dar z innego świata. Żadnych ptaków, żadnych powozów, polujący myśliwi. Próbka czegoś takiego wobec wojny. Takie nieczułe i doskonałe piękno. Wierzby rubinowe, nie rdzawe; puszyste; miękkie; a wszystkie dachy pomarańczowe i czerwone; wzgórza białe. Ale we mnie jakaś pustka - w moim życiu - bo L. powiedział, że ten czynsz jest tak wysoki. A potem cisza, czysta, bezcielesna cisza, która, zdawało się, odpowiada mojej własnej pustce, kiedy idę opatulona, a w oczach mam słońce. Myśliwi czekali na świstuna, najszybszego z ptaków. Nadlatuje jak ekspres. Siedzieliśmy w słońcu na brzegu. Wszystko zdawało się bardzo odległe, wybrane - maleńkie łodyżki dymów - dzikie kaczki - konie, zbite w nieruchomą gromadkę. Nie narodziły się żadne myśli; jakby mnie trzymały jakieś kleszcze, wróciłam do domu smażyć racuchy i poprawiać artykuł.

Pożar w Charleston. W środę wieczorem wezwano pięć wozów. Żadnych listów. Dziecko płaczące w szkole. Co mam robić, żeby pomóc?

 

 

40.

- Czy mogę to sobie wziąć, proszę pana?

Drgnął i odwrócił się. Stara kobieta w łachmanach patrzyła na niego załzawionymi oczami. Wilgotne pasma włosów zwisały z obu stron twarzy. Przemoczony szal z czarnymi frędzlami zakrywał jej piersi.

- Co wziąć? - mrugał powiekami, oszołomiony.

- Niedopałki papierosów, proszę pana - wskazała palcem popielniczkę. - Czy mogę sobie to wziąć? Ja tym handluję.

Była w niej jakaś ostateczna beznadziejność, jak gdyby dotknęła dna nędzy ludzkiej i nie mogła stoczyć się niżej. I rzecz dziwna, dawało jej to jakieś oderwanie od rzeczy tego świata, jakąś godność w upodleniu. Nic jej już nie mogło dotknąć.

- Ależ naturalnie. proszę wziąć wszystko, co pani chce.

Podsunął jej popielniczkę i począł szukać po kieszeniach.

- Proszę, niech pani weźmie i te - powiedział wysypując zawartość złotej papierośnicy w jej złożone dłonie. - Może pani chce się czegoś napić? Proszę usiąść. Na co pani ma ochotę?

- Czy mogłabym poprosić o rum?

Usiadła, rozchyliła fałdy szala i odgarnęła pasma włosów ruchem pełnym nieoczekiwanej gracji.

- Pan jest artystą-malarzem, prawda? - zapytała mrugajac kaprawymi oczami.

- Tak. Jestem, a raczej byłem malarzem. Jak to pani zgadła?

- Artystów nietrudno poznać. Znałam ich kiedyś całe mnóstwo. [...] On też był taki - powiedziała. - Grzeczny nawet w łóżku. Prawdziwy pan. Może pan o nim słyszał? Nazywał się Manet.

- Manet? Edouard Manet? - Nagle poznał ją. - A więc to pani jest Olympia!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgodnie z ogólnie obowiązującym trendem do minimalizacji wysiłków ("nie kop pana, bo się spocisz" :P), uprzejmnie, lecz stanowczo dopraszam się...

...tutoriala (najlepiej wideo z napisami :P) pomagającego w rozwiązywaniu tych konkursów. A już naj, naj, najcudniej, jak by się to robiło jednym kliknięciem myjszki w jakimś programie :P

 

Nie, nie przyjmuję do wiadomości wersji: "więcej czytaj"....a bo się jeszcze spocę? :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No niestety, tu klikanie myszą nie pomoże :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

O nowy konkursik - znam kilku książkowych palaczy - na pewno, którego tu dopasuję.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przeczytałem cztery pierwsze. Wiem wszystkie cztery :E ...i boję się patrzec dalej zeby sie nie rozczarowac :P

 

PS. Swoją drogą te cztery pierwsze są mniam (nawet ta kostnica :D) :)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Przykleiłam, a co.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A ja jestem w kropce. Bo tam gdzieś jest Holmes, prawda? Bo jakże mogłoby go nie być? Ale, cholera, gdzie...

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
A ja jestem w kropce. Bo tam gdzieś jest Holmes, prawda? Bo jakże mogłoby go nie być? Ale, cholera, gdzie...

Hehe, konkurs dla palaczy bez naczelnego palacza detektywów... no to szukaj, szukaj!

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Holmes jest przynajmniej jeden. Za to mam juz dwie Chmielewskie i dwoch Lemow. A Alex tez jest? :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

dizzy, nie podpowiadaj :P

 

*chociaż w tym przypadku udział Chmielewskiej jest wręcz oczywisty :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
A Alex tez jest? :D

A to Alex tyż kopcił? Hmm, parę książek z serii czytałem, ale już jakis czas temu, co nie zmienia faktu, że zupełnie na to uwagi nie zwróciłem.

Lemy i Chmielewska też mam, za to Holmes... szkoda gadać. A tak sie w tym zaczytywalem dziecięciem będąc :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Chmielewską mam tylko jedną :E

Będziem szukać drugiej :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

To ja już nic nie mówię... tak tylko se zapodam, że coś dużo "filmów" jest zagranicznych ...i polskich :P A Agnes lubi Jacka Nicholsona :cool: ...i jeździ samochodem :P ...i czasem czyta ksiązki szpiegowskie :) ...i w ogóle ten preparat z 38 był the best :D

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Nie jest dobrze - właśnie przejrzałem do końca i zostało nieco luk :D :D

ile to jest nieco :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
ile to jest nieco :E

 

ja w sumie mogę zgadywać w pięciu, może sześciu punktach, o reszcie nie mam pojęcia :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Noo... tyle?

 

:przytulasie:

:P

 

ja w sumie mogę zgadywać w pięciu, może sześciu punktach, o reszcie nie mam pojęcia :E

No na pewno jeszcze jakieś dwa uda Ci się zwietrzyć :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

A tymczasem wreszcie udało mi się dorwać resztę nagrody dla Agnes za poprzedni konkurs :E

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Po pierwszym przeczytaniu kojarzę dwa :E

 

 

Są przewidziane jakieś nagrody dla pierwszych od końca? :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jasne, coś się znajdzie, ale odbiór tylko osobisty :P

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

  • Ostatnio przeglądający   0 użytkowników

    Brak zarejestrowanych użytkowników przeglądających tę stronę.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...